Jesienne pływanie 2015

Czyli zmokłe kury w Dąbrównie.

DSCN2679-001

15.10.2015 czwartek

Zawsze to samo. Za każdym razem. Za każdym cholernym razem zaczynam się pakować w panice na wieczór przed wyjazdem. Chyba pora już pogodzić się z myślą, że nie nauczę się inaczej i że ostatnia noc zawsze będzie zarwana. Tym bardziej, kiedy wypad ma być mniej stacjonarno-hotelowy, a bardziej wędrowno-namiotowy, kiedy to zapomnienie czegoś istotnego może kosztować wiele niepotrzebnych nerwów.

Tak więc rozpoczęłam pakowanie w czwartek o ósmej wieczorem. Cztery godziny zajęło mi latanie po domu w tę i z powrotem w poszukiwaniu mnóstwa niezbędnych rzeczy (a także mnóstwa zbędnych). Skończyłam koło północy, więc właściwie nie tak tragicznie. Może dlatego, że pakowanie nie zawierało jedzenia. Efekt końcowy prezentował się niemal survivalowo

To co najważniejsze, czyli apteczka, mój niezniszczalny termos na herbatę, obowiązkowa wiśniówka, spork, pluszowe skarpetki, wodoszczelne worki i last but not least nanozestaw survivalowy od Marshalla: wodoszczelnie zapakowane zapałki z odrobiną kory na rozpałkę oraz papier toaletowy.

16.10.2015 piątek

Na rano przed pracą pozostały mi już tylko spożywcze zakupy. Ponieważ okoliczne Lidle (jako stała klientka wyrażam głęboką dezaprobatę) są czynne dopiero od ósmej, zmuszona byłam pojechać do Biednej Ronki. Tym samym od teraz robię zakupy tylko w tym sklepie i to wyłącznie o siódmej rano. Oprócz mnie w całym markecie była jedna osoba plus obsługa. Na półkach wszystko, ułożone w porządku, a nie jak po trzęsieniu ziemi. Kolejki do kasy brak. Cudnie!

Po kolejnych ośmiu godzinach, podczas których jakaś złośliwa siła uruchomiła czasowstrzymywacz i dzień się ciągnął jak flaki z olejem nareszcie nadeszła 16:00 i granatowa strzała pomknęła w kierunku Wisłostrady, aby tam spod mostu (jak by to nie brzmiało) zgarnąć dwie kolejne kanuistki. Na jedną przyszło nam czekać 40 minut na awaryjnych w zatoce przystanku autobusowego w towarzystwie dwóch radiowozów, na szczęście zbyt zajętych swoimi sprawami, by nas stamtąd pogonić. W międzyczasie obok nas ulicą śmignęło na północ drewniane kanu na dachu samochodu, powiewające na pożegnanie odblaskową kamizelką.

Wreszcie około 18:00 udało nam się odkleić od Poniatoszczaka i ruszyłyśmy w nudną drogę przez warszawskie i łomiankowskie korki. Później na trasie zrobiło się nawet dość luźno i przyjemnie. Nawigacja usiłowała nas poprowadzić jakimiś polnymi drogami, ale nie dałyśmy się (dosłownie) wyprowadzić w pole. Z jednym szybkim siknięciem na trasie dotarłyśmy późnym wieczorem na miejsce, do ośrodka Inter-Piast w Kalborni. Reszta ekipy była już na miejscu, razem z drewnianym kanu z dyndającą na rufie odblaskową kamizelką.

Udało nam się załapać na kolację. Gorąco polecam posiłki w ośrodku, jedzenie było naprawdę pierwsza klasa- wędliny, warzywa, twarożki, tosty, sałatki, wędzone rybki, dobre pieczywo i zawsze wrzątek na herbatę oraz kawę.

Po kolacji nie udało nam się długo wysiedzieć, zmorzone długim dniem po pracy i podróży ewakuowałyśmy się do pokoju na zasłużony odpoczynek. Przysiadłyśmy jeszcze na pięć minutek, żeby wypić na dobranoc kubeczek śliwkowego wina i w efekcie poszłyśmy spać o wpół do pierwszej.

17.10.2015 sobota

Ranek powitał nas nawet nie najgorszą pogodą, może nie było rewelacji, ale przynajmniej nie padało. Na śniadanie, równie smaczne i różnorodne jak wczorajsza kolacja doczłapałyśmy na autopilocie i dopiero podwójna kawka powoli zaczęła stawiać nas na nogi. Po naszykowaniu kompletu termosów z kawą i herbatą poszłyśmy się pakować i ubierać na pływanie.

Kiedy już wyglądałam jak kolorowy ludek Michelin i wyczłapałam z workami przed hotel do samochodów… samochodów nie było. Najpierw zrobiło mi się gorąco, potem zaczęłam wpadać w panikę. Aaaaa! Zapomnieli o nas! A my nie znamy drogi! Borze szumiący, teraz ich nie znajdziemy i nie będziemy pływać! Cały wyjazd na marne!

Cóż, przynajmniej szybko się obudziłam. Kiedy już mózg podjął swoje właściwe funkcje wpadłam wreszcie na to, żeby wyjąć telefon i zadzwonić do pozostałych, aby dowiedzieć się, że są na brzegu jeziora kawałek za rogiem budynku.

Rozpoczęła się wyprawa właściwa. Łódka po lewej to „Tykwa”, która mijała nas na Wisłostradzie.

Wspaniale byłoby mieć kiedyś własną łódkę, ale o ile nie jest nawet problemem samo kupienie, to niestety nie mam jej czym wozić. Tak więc póki co, pożyczamy kanu jeżeli ktoś zechce przywieźć więcej swoich. W ten weekend Canis był tak uprzejmy, ze wypożyczył nam swoją „Barcję”

Na jesiennym pływaniu testowana była po raz pierwszy nowa łódka Radka. Zrobiona została zrobiona z tkaniny aramidowo-węglowej w technologii vacuum, czyli za pomocą pompy próżniowej. Celem nadrzędnym przy budowie tego kanu była jak najmniejsza waga końcowa. Radkowi udało się osiągnąć 22 kilogramy. Robi wrażenie, jeśli wziąć pod uwagę, że przeważnie tej wielkości łódki ważą między 30-40 kg.

Śmieszne wrażenie powstaje, kiedy widać przez burtę zarys linii wodnej, człowiek czuje się, jakby krucha łódka miała zaraz się rozpaść, albo rozpuścić. Nic bardziej mylnego:)

I ruszyliśmy na wodę…

Pogoda nam dopisała, nie padało i nie było zupełnie wiatru na jeziorze

Nowe dzieło pruło wodę jak Titanic, tylko Ola słabo dociążała dziób :)

I tak sobie płynęliśmy spacerowym tempem, relaksując się, i delektując ciszą i spokojem

Moja wspaniała sterniczka cierpliwie znosząca moje ciągłe manewry z aparatem

Przed samym Dąbrównem zatrzymaliśmy się na parę chwil, żeby posłuchać opowieści Canisa-przewodnika o historii okolic.

Wszyscy grzecznie słuchali

Trzeba przyznać, że miasto nie miało lekkiego życia. Przetrwało Krzyżaków, Szwedów, Polaków, Rosjan, liczne przemarsze wojsk, pożary, dżumę i cholerę i czarownice.

12 burt

Kiedy tak posiedzieliśmy trochę w miejscu bez wiosłowania i zrobiło się chłodno, a każdy dyskretnie dopinał kołnierz kurtki albo wyciągał rękawiczki podpłynęliśmy do kanałku pod nasypem z już nieczynnymi torami kolejowymi.

Kanałkiem wpływa się do małej zatoczki z pomostem

Chwilka przerwy na dokumentację

I wracamy na jezioro

Popłynęliśmy wzdłuż lewego brzegu jeziora prawie do samego końca, po czym przepłynęliśmy na drugi brzeg, na którym we wszędobylskiej mgle odcinało się swoją barwą piękne fioletowe drzewo.

Mniej więcej w tym momencie trzeba było uzbroić się w spodnie od sztormiaka, bo zaczęło delikatnie mżyć. Zanim dobiliśmy do brzegu już ładnie kropiło, ale w gęstym lesie nie dawało się tego tak odczuć. Rozpaliliśmy niewielkie ognisko i w ruch poszły termosy z gorącą herbatą, kabanoski, ciastka, co kto tam miał,

a hitem obiadu było… bagno. Nie wiem, skąd nazwa, możliwe, ze w ogóle się przesłyszałam. Obojętne, jak się nazywało, było pyszne, zidentyfikowałam ryż, kaszę gryczaną i soczewicę, wszystko w jednym garze z kiełbaską i cebulą. Rewelacyjne na rozgrzanie w deszczu i sycące.

Tak wyglądało ugotowane (nakładane specjalistyczną dedykowaną chochelką)

Radek wyczekał na ostatki, myślę, że miał w tym jakiś ukryty cel ;)

Przy okazji Ola dokonała odkrycia nowej szamy na wyjazdy, nigdzie wcześniej nie widziałam i nie miałam pojęcia, że Bonduelle bawi się w gotowe jedzenie. Całkiem niezłe w smaku, duże kawałki, smakuje  warzywami, a nie glutaminianem czy solą i przyprawami, a puszka zawsze sporo lżejsza od szklanego słoja.

Przez cały czas, kiedy grzaliśmy się przy  ognisku i jedliśmy te wszystkie dobroci deszcz nie odpuszczał, więc kiedy już zebraliśmy się do powrotu w łódkach można było zakładać akwarium

a ciągle padało…

Radek, jako sprytny posiadacz kaloszy wychlupywał wodę kubkiem ze swojej łódki, z rozmachem wchlupując ją do naszej…

Ale potem okazał się naszym Jednak-Dobrym-Kolegą i wybrał z „Barcji” wodę na tyle, żebyśmy mogły do niej wejść i dokończyć.

Mgła i deszcz zlały się w jedno, a na ich tle z mojej sterniczki wyszedł Nazgul

Ci, którzy wzięli fartuchy na kanu mieli co prawda mniej wody, ale za to wejście wymagało nieco gimnastyki

i ruszyliśmy w drogę powrotną do ośrodka w niesamowitym dźwięku niby ciszy, ale jednak szumu deszczu. Wiatru nie było, wszędzie biało, inny świat…

Jako, że wciąż nie wiem, jak ładnie zrobić otwieranie filmów, muszę Was ponownie odesłać linkiem do jutuba, ale polecam obejrzeć i posłuchać, jak to było, bo wrażenie jest niesamowite. Filmik na pewni i tak nie oddaje całego wrażenia, ale chociaż trochę można się wczuć w tę bajkę.

Film Dąbrówno

Tak wyglądała trasa sobotniego pływania, pypeć po lewej w Dąbrównie to kanałek pod nasypem kolejowym, a z kolei ten po prawej to nasze ognisko z popasem.

Wróciliśmy do ośrodka zmoknięci, ale nie przemoczeni, nie zmarznięci a bardzo zadowoleni, zmęczeni, ale wypoczęci. Nawet już aparat zamókł mocno, a ja nie miałam nawet centymetra suchego ubrania, żeby go wytrzeć.

Przyszliśmy z powrotem do hotelu, rozlokowaliśmy się w podgrupach w pokojach i padliśmy na krótką dwugodzinną drzemkę. Gdyby Radek nie wydarł się na korytarzu zwołując bandę na kolację, to my pewnie byśmy przespały:)

Kolacja hotelowa niezmiennie pyszna, drobiowe żołądki na gorąco i jajka sadzone plus wszystkie możliwe dodatki oraz duża ilość gorącej herbaty w różnych smakach.

Jak już pojedliśmy, na stół wjechały różne dobroci zwiezione przez całą ekipę: tu Sangria, tu nalewki, tam ciasteczka, gdzie indziej orzeszki… Jenak niewątpliwie największą furorę zrobiła czekolada na gorąco z chilli made by Canis.

Pojedli, popili, po czym zaczęła się część instruktażowo-kulturalna (choć kulturalni oczywiście jesteśmy cały czas;). Całe towarzystwo rozsiadło się w miękkich  wygodnych fotelach i przystąpiło do chłonięcia wiedzy z rzutnika i instruktorów.

Obejrzeliśmy z dogłębną analizą i komentarzem Canisa i Andrzeja film Billa Masona, na którym prezentuje po kolei różne techniki wiosłowania, i oczywiście klasyk gatunku- przedwojenny film, na którym Reg Blomfield wyczynia z kanu rzeczy, o którym się nie śniło waszym filozofom… Kto ma ochotę, można zobaczyć ten film w necie, o TUTAJ.

Oglądaliśmy także różne ciekawostki, filmy ze szkolenia kajakowego i zawodów, prastary film o Indianinie Nanook z bezdennym kajakiem oraz dwa filmy pana Wojtka i Pani Gosi Zawadów, z pływania między polami tulipanów w Holandii (rewelka!) oraz z nurkowania. Świetna sprawa, ciekawe hobby :) Wszyscy chyba chcieliby jeszcze dłużej posiedzieć, ale większość padła zaraz po filmach. Pływanie następnego dnia stało pod znakiem zapytania i zależało od pogody.

18.10.2015 niedziela

Od rana padał deszcz. Wobec tego po śniadaniu wszyscy popakowali swoje rzeczy do samochodów, zdali klucze w hotelu i koło dziesiątej ruszyliśmy kawalkadą do Dąbrówna na plażę, gdzie odbył się instruktaż na żywo w połączeniu z testowaniem przez chętnych nowej lekkiej łódki.

Zgadnijcie, w którym miejscu znajduje się jeden jedyny kamień na plaży w Dąbrównie?

Trzy pingwiny, foto baj Radek

Publiczność podziwia i uczy się pociągnięć

„(…) Ujrzał listek przywiędły i blady,

i pomyślał: Znowu idzie jesień.

Jesień idzie, nie ma na to rady”

I tymże miłym akcentem (i błyskawicznym kursem obsługi samowyzwalacza we własnym aparacie) zakończyło się Jesienne Pływanie 2015.

Chętni zajechali jeszcze w drodze powrotnej na ciastko i kawę do Rychnowa, po czym rozjechaliśmy się, każdy w swoją stronę w nadziei na spotkanie wkrótce:)

Było fantastycznie, bardzo się cieszę, że udało nam się spotkać, z taką pozytywną ekipą nawet pogoda nie straszna! Wszystkim, którzy byli dziękuję za cudowne towarzystwo i energetycznego kopa na najbliższe miesiące. Szczególne podziękowania dla Canisa, za przytachanie, pożyczenie i odtachanie dla nas łódki :*

Mam nadzieję, że szybko się zobaczymy na wodzie.

Więcej zdjęć w galerii: http://vetheme.pl/galeria/index.php?/category/5