Zavřeno

Czyli zimowy urlop po czeskiej stronie.

DSC_2073

20.02.2016 sobota

I tak oto w pewien sobotni (acz średnio słoneczny) poranek konwój dwóch wehikułów pewnej niemieckiej marki, co to kocha auta, wyruszył  w długą drogę, aby relaksować się przy piwku i smażonym serze u naszych południowych sąsiadów. Od Łodzi zrobiła się całkiem ładna pogoda.

Kilkugodzinna podróż przebiegła bez żadnych perturbacji, ekipa zapchana suchymi kanapkami nie domagała się nawet postoju na obiad, dzięki czemu około 14.30 przekroczyliśmy prawie niezauważalną granicę, a pół godziny później zajechaliśmy pod zapisany adres. Pierwsze wrażenie… cóż…

Czyżby powtórka z Wczasowej*? (*Wczasowa 96 nad Zalewem Sulejowskim – synonim rudery walącej grzybem, ze słoikami zamiast żyrandoli i pajęczynami jak liany z sufitu. Obiecuję kiedyś zrobić wpis o tym niepowtarzalnym miejscu).

Na spotkanie wyszli nam państwo z pobliskiej restauracji, przekazali klucze oraz teczkę pełną materiałów z miejscowymi atrakcjami, godzinami otwarcia sklepów i innymi niezbędnymi informacjami po czym zostawili nas samych na włościach. Niepozorna z zewnątrz chałupka okazała się jaskinią pełną skarbów- cztery czyściutkie sypialnie, w tym dla Młodego przygotowane dziecięce łóżeczko, wielki salon z aneksem kuchennym, a w nim wszystkie niezbędne (i zbędne też) sprzęty: piekarnik, mikrofala, ekspres, toster, zmywarka, wielka dwuskrzydłowa lodówka, ogromny podwójny narożnik, stół i dwa mniejsze stoliki z krzesłami. Sala ze stołem bilardowym, a za nią pomieszczenie gospodarcze z nową pralką i suszarką. Łazienki przypominają bardziej pokoje kąpielowe, z tym, że jedna (na górnym piętrze) jest nie na korytarzu, a w jednym z pokojów, ale jeśli się jest z własną ekipą, to nie jest aż tak kłopotliwe. Ogólne wrażenie fantastyczne- jest tam wszystko, co potrzeba do tygodniowego pobytu, a nawet więcej.

Po ogarnięciu się, pozachwycaniu i odkryciu wszystkich fajności przeszliśmy się na rynek do restauracji „U Niedźwiedzia”, która należy do tych samych właścicieli, co domek.

Pycha smażony ser z kulkami ziemniaczanymi i sosem tatarskim oraz dobre zimne piwko, to to, czego było nam trzeba po długim dniu. Po obiedzie podeszliśmy jeszcze do sklepu spożywczego, który okazał się być prowadzony przez parę Azjatów, ale nie zlokalizowaliśmy, z jakiego dokładnie kraju. Z czasem okazał się to być nasz jedyny niezawodny sklep, otwarty zawsze wtedy, kiedy trzeba.

21.02.2016 niedziela

Takie widoki powitały nas za oknem nad ranem:

Po śniadaniu postanowiliśmy rozpocząć zwiedzanie i ze sterty ulotek i mapek z atrakcjami wybraliśmy Trutnov, jako większe miasto na niedzielę.

I tu powoli zaczęliśmy sobie uświadamiać, że Czechy poza sezonem nie funkcjonują tak, jak Polska. Miasto wymarłe. Všechno zavřeno.

Wszystkie sklepy są w niedzielę zamknięte, apteki również. To jeszcze zrozumiem, ale informacja turystyczna? Też zavřeno.

Tym sposobem nie zwiedziliśmy nic, poza rynkiem,

przeszliśmy się po zmokniętym mieście i znaleźliśmy pierwszy z serii niezliczonych pomników koleżki obejmującego krzyż (po naradach i wyławianiu z głębin zarośniętej pamięci strzępów informacji postawiliśmy na Jana Nepomucena),

obejrzeliśmy wystawę sklepu z czekoladkami (zavřeno),

jakimś cudem znaleźliśmy otwartą cukiernię, do której wstąpiliśmy na ciastko i kawę/ herbatę/ grog/ czekoladę, po czym wróciliśmy do domu na klasyczny wyjazdowy obiad, czyli makaron z sosem ze słoika i parówkami.

22.02.2016 poniedziałek

Na zwiedzanie zostało wytypowane miasto Nove Mesto nad Metuji, na wszelki wypadek w pobliżu innego miasta – Nachod, gdyby znowu wszystko było pozamykane, choć już tydzień roboczy się rozpoczął.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Zamku i zamkowych ogrodów.

Zavřeno. Czynne od maja do września. Więc zamek obejrzeliśmy sobie zza muru. Ładny.

Spacer w stronę miejskiego muzeum prowadził przyjemnym tarasem nad brzegiem rzeki Metuji.

Na tarasie widnieje dzieło zatytułowane „Alegoria Metuji”. Coś  w rodzaju włóczni skierowanej na postać kobiety stojącej nieco niżej na skarpie:

i sama Metuji:

Po drodze parę miejskich ozdóbek:

Coś Czesi mają z tymi zegarami słonecznymi…

I wreszcie Muzeum Miejskie.

Oczywiście zavřeno. Ale ok, z tym jednym się liczyliśmy, w końcu muzea w Polsce też nie działają w poniedziałki. Uznaliśmy, ze najłatwiej będzie odwiedzić informację turystyczną i po prostu zapytać, czy cokolwiek w tym mieście jest otwarte. W informacji (o dziwo, była czynna) pani wyjęła mapkę z atrakcjami i pokazując po kolei ponumerowane punkciki z filozoficzną zadumą powtarzała „to zavřeno, to zavřeno, zamek zavřeno, tu też zavřeno… Ale kościół na rynku możecie sobie obejrzeć, poza nim wszystko zavřeno.

Pozostało nam to samo, co w Trutnovie, czyli przejść się po okolicy i zawinąć z powrotem.

Kościół, owszem, niebrzydki:

Krótka przerwa na plac zabaw

Z Novego Mesta przemieściliśmy się do Nachodu, żeby może zjeść jakiś obiad. Nawet nie próbowaliśmy nic zwiedzać, spotkaliśmy tylko (a jakże) koleżkę Nepomucena:

Uznaliśmy, że jedzenie na rynku przekracza nasze możliwości finansowe, bo wyliczyliśmy, ze cena za ser u nas wynosi tyle samo za dwukrotnie większą porcję i wyruszyliśmy na poszukiwania tańszej restauracji. I jak to zwykle bywa, kiedy czegoś szukasz- jest wszystko inne, tylko nie to. Wobec czego po dłuuugim spacerze w okolicach centrum pokornie wróciliśmy na rynek, znaleźliśmy knajpę U Slovana z dobrymi cenami gdzie zjedliśmy fantastyczny obiad.

A w domu zajęcia w podgrupach

23.02.2016 wtorek

Wreszcie coś otwartego! Miasteczko Police nad Metuji i aż dwa muzea!

Pierwsze kroki skierowaliśmy do Muzeum Modeli Papierowych. Eksponaty najróżniejsze, od prostych (a przynajmniej takie się wydają), po cuda jak żywe.

(Tak, to wszystko jest z papieru).

Oczywiście, nie mogło zabraknąć Wiewióra:

Rewelacyjny w muzeum był kącik, w którym dzieci (i nie tylko) same mogły powycinać, poskładać i posklejać własne modele:

Nasze dzieło:

I tylko dziecku się szybko znudziło…

Były też materiały do składania origami:

Kolejnym krokiem było Muzeum Merkur, czyli czeskiego odpowiednika Mekkano. Trzeba przyznać, że niektórzy ludzie mają dużo wolnego czasu (i wyobraźni). Po budowlach zajmujących całe pomieszczenia dodatkowo jeździły metalowe ciuchcie.

Młyn się obracał…

I tak jak w poprzednim muzeum, w tym także na końcu wycieczki znajduje się kącik dla dzieci:

Po owocnym zwiedzaniu postanowiliśmy wypróbować restaurację „Na skrzyżowaniu” w drodze do domu, mijaliśmy ją już kilka razy i z zewnątrz wyglądała zachęcająco. Knajpa (jak wiele w okolicy) mieści się w tym samym budynku, co urząd miasteczka. Pan bardzo intensywnie coś do nas mówił, kiedy weszliśmy, jeszcze intensywniej, kiedy zaczęliśmy się rozbierać z kurtek, aż w końcu, kiedy już chcieliśmy się rozsiadać, nie wytrzymał, podszedł do okna i palcem pokazał nam rozkład otwarcia. W poniedziałki i wtorki zavřeno. No, pff, jasne, że tak, zbyt piękne byłyby dwa muzea i do tego restauracja jednego dnia. Pan wytłumaczył nam, że jeśli wrócimy tą samą drogą dwa kilometry, to tam w miasteczku będzie knajpa, która na pewno jest otwarta. No więc, jak powiedział, tak zrobiliśmy, knajpa znaleziona, godziny otwarcia sprawdzone (11:00 – 21:00), wchodzimy. Rozebraliśmy się, rozsiedliśmy się przy stole, pan kelner uradowany przybiegł nas obsłużyć, ale menu już podać nie chciał. Obiad? A nie, obiadów nie ma, dopiero za dwie godziny, od 18:00. Pan na skrzyżowaniu nie kłamał, restauracja jest otwarta, ale obiadów nie serwuje. Tym samym wylądowaliśmy u naszego niezawodnego „Niedźwiedzia” w Starkovie.

P.S. Przy okazji sprawdziłam, czy ceny na rynku w Nachodzie faktycznie były dwukrotnie wyższe, niż w Starkovie. Nie były. Co do korony ta sama cena za smażony ser…

Wieczorem znów zajęcia w podgrupach,

A że nie wszyscy przepadają za „Munchkinem”, druga podgrupa rozpoczęła działalność artystyczną

24.02.2016 środa

Wreszcie wyszło słoneczko i zrobiła się naprawdę ładna pogoda. Idealna na Teplickie Skalne Miasto w Teplicach nad Metuji. Będzie mało gadania, dużo oglądania:

Jak idiota dałam się nabrać i wlazłam na dodatkową trasę na „Zamek Strzemię”. Zaczęło się niewinnie, że nawet zapomniałam, że mam lęk wysokości na przezroczystych schodach…

tu jeszcze też było jak Cię mogę…

A tu już nie. Pionowe schodki z oblodzonych krzywych desek to nie jest to, co ludzie z moją kondycją i lękiem wysokości lubią najbardziej…

A na górze w nagrodę czeska flaga

wygwizdów

i droga w dół, gorsza od włażenia w górę…

I dalej już normalną drogą…

Wujek Arek uczy rzucać śnieżki

„Harfa Karkonoszy”:

„Topór rzeźnika”:

„Twarz Picassa” (nazwa autorska, przez nas nadana):

Jasno, ciepło, przestrzeń

Ciasno, zimno, ciemno

Kapliczka z monetami! Dorzucamy, czy zabieramy?

No dobra, dorzućmy, robimy włam do portfeli.

„Karkonoska Venus”:

Szczelina prowadząca do jaskiniowej świątyni:

„Tsunami”:

I tym ładnym widoczkiem kończymy wycieczkę w Teplickich Skałach, kierując się, jak co dzień do marketu Penny (Taka czeska biedna Ronka) na zakupy i wymianę nazbieranych butelek: przy każdych zakupach do każdego piwa naliczana jest na paragonie kaucja 3 korony. W marketach stoją automaty, które przyjmują butelki, podliczają (niektóre szkła są warte więcej, inne mniej) i wydają paragon, z którym idzie się do kasy. Kasjerka albo wydaje gotówkę, albo odejmuje wartość paragonu od robionych zakupów. Aby poznać szczegóły, polecam obejrzeć fajny czeski film „Butelki zwrotne”. Kurs obsługi automatu:

25.02.2016 czwartek

Kolejny dzień pięknej pogody, więc ruszyliśmy w kolejne skalne miasto- Adrszpaskie, częściowo połączone nawet z tymi wczorajszymi szlakami, ale długą trasą, w którą się nie wybraliśmy. Droga rozpoczyna się przy jeziorku, prowadzi kawałek w głąb skał, a potem zatacza pętlę, więc powrót wypada jak w Teplicach w tym samym miejscu, co start. Bardzo wygodne z punktu widzenia wracania do samochodów. I oto jeziorko:

„Dłoń”:

„Say cheese”:

„Speak, friend, and enter”

„Diabelski Most”:

Mały wodospad:

Duży wodospad (fajny był łomot w zamkniętej jaskini):

Gapie:

W szczycie trasy znajduje się skalne jeziorko, po którym (oczywiście w sezonie) można popływać łódką. Ponieważ to nie sezon, nie było ani łódek, ani drogi do jeziorka (zavřeno). Ciekawe, że kasa biletowa przy wejściu do parku już nie była zavřeno…

„Kochankowie”:

„Mysia dziura”:

Jeziorko od drugiej strony:

I koniec wycieczki

Oczywiście restauracja, która reklamuje się wszędzie dookoła parku i w której można by po wyczerpującej wycieczce wszamać smażony ser- zavřeno. Podobnie jak kantor i budki z pamiątkami.

26.02.2016 piątek

Rano chcieliśmy wypróbować w Starkovie inny, niż u państwa Azjatów sklep spożywczy i tylko przeszliśmy się niepotrzebnie, bo sklep zavřeno. Czynny w godzinach 07:30-11:30 oraz 14:00-16:00.

Pogoda była już może nie taka fantastyczna, ale wciąż znośna, więc w planie na piątek były Skały Broumowskie. Niezawodne wehikuły zawiozły nas na trasę, jednak zawodny GPS nie na tę, co trzeba, więc odjechaliśmy na wstecznym spod leśnego szlabanu do małej wioski na rozdrożu w celu przegrupowania i zorientowania się, gdzie my w ogóle jesteśmy. A we wiosce:

„Say cheese”

Takie tam spotkanie przy płocie. Zwykła czeska wieś. W każdym razie została podjęta decyzja o znalezieniu w centrum Broumova informacji turystycznej i dowiedzeniu się, jak dostać się na szlak. Znaleźliśmy centrum, znaleźliśmy informację, dostaliśmy mapki i w międzyczasie zrobiła się już godzina 14.00. Nie było więc sensu pchać się do lasu, w końcu Broumov to spore miasto, zwiedzimy je dzisiaj, a w skałki wybierzemy się jutro, tylko wcześniej. Jak postanowili, tak zrobili, poszli do centrum, odnaleźli Miejskie Muzeum: zavřeno oraz klasztor: otwarte, ale dopiero za godzinę. W trakcie oczekiwania na wejście do klasztoru postaliśmy na zimnie, wietrze i drobnym śniegu z deszczem, więc szybko nam się odechciało. Postanowiliśmy więc wrócić do domu, zahaczając tylko w drodze powrotnej o Penny (dzień bez Penny- dniem straconym) i o muzeum piwa, które i tak pewnie będzie zamknięte. A na resztę dnia: totalny chill out.

Zajechaliśmy pod muzeum piwa przy browarze Opat. Wyszedł do nas nieco wymemłany pan, któremu wyjaśniliśmy, że chcielibyśmy zwiedzić muzeum. „Teraz jest wycieczka, to najwcześniej za godzinę”. No jasne. Ręce nam opadły. Komuś chyba nawet się wyrwało co nieco razem z westchnięciem, bo pan przyjrzał się nam przez chwilę uważnie, po czym powiedział, że jeśli nie chcemy czekać (no nie, raczej nie chcemy) to może nas dołączyć do wycieczki. Zbawicielu! Tak, chcemy z wycieczką!

I tak opłaciliśmy bilety, które obejmowały zarówno zwiedzanie browaru, jak i muzeum oraz w wersji rozszerzonej- degustację piwa.

Najpierw obejrzeliśmy sale, w których wydmami, jak na pustyni leży jęczmień  i hoduje w sobie słód

(Ciemno było, więc mało zdjęć będzie:/ ) Pan opowiedział o różnych tajemniczych maszyneriach do napełniania beczek, sterylizacji beczek…

Pokazał pojemniki, w których piwo odpoczywa. To są tylko ich dna, więc łatwo sobie wyobrazić, jakie są duże wewnątrz…

Obejrzeliśmy kadzie,

i posłuchaliśmy o całym procesie warzenia piwa, dodawania słodu (słodkie!), chmielu (gorzkie!) i różnych smaków, jak ekstrakty owocowe, czy miód. Okazuje się, że tutaj dodaje się te dodatki na początku procesu, więc piwo na koniec nie smakuje wcale jak piwo z dolanym sokiem malinowym, tak jak w Polsce.

Potem dopiero poszliśmy do muzeum, które wciąż jest w trakcie rozbudowy i wszystko odbywa się za pieniądze właścicieli browaru. Zwrócili się co prawda do Unii o dofinansowanie i pomysł został nawet doceniony i pochwalony, ale okazało się, że właściciele chcą na rozwój… za mało. Unia może dać najmniej 5 milionów koron, a browar potrzebuje na rozbudowę tylko milion, więc nic nie dostali.

A w muzeum sprzęty najróżniejsze, z rożnych epok:

Pan zadawał zagadki, a zdobywca trzech punktów miał otrzymać pamiątkowe monety z browaru, wymienne na litr piwa w sklepiku z pamiątkami. Ponieważ nikt podczas zwiedzania muzeum nie zdobył trzech punktów, na koniec zadał dodatkowe pytanie za trzy. Do czego służyło to narzędzie, siostry?

Tak mi się zamajaczyło, ze wygląda, jak starożytna grzałka i tym sposobem:

Pieniążków nie wymieniłam w sklepie, bo było mi szkoda, a piwo i tak kupiłam na powrót do domu. Po zwiedzaniu razem z całą wycieczką udaliśmy się na degustację. Zgadnijcie, kiedy jest najlepszy moment na zgubienie biletu wstępu, tego, na którym jest zaznaczone, że zapłaciłeś również za degustację? Jak nie wiecie, zapytajcie Krzyśka:)

Najpierw próbowaliśmy klasycznego piwa „żywego”. Potem kolejno: z syropem klonowym (najlepsze), z maryśką (smakowało trawą), pomarańczowe z cynamonem (bardzo ładnie pachniało, ale w smaku chyba najsłabsze) i pieprzowe (super zapach, fajny smak, ale pieprz tylko delikatnie wyczuwalny).

Ogólnie wrażenia ze zwiedzania bardzo przyjemne, pan właściciel ma gadane i opowiada naprawdę ciekawe rzeczy, gdyby ktoś zawędrował w tamte strony, to polecam wstąpić. Ach, no i w sklepiku (otwarty!) można wreszcie zakupić jakieś pamiątki: piwo, albo smakowe piwo, ewentualnie szklanki do piwa, podkładki pod piwo i takie tam… Tym sposobem z zaplanowanego dnia leniucha zrobił nam się najpóźniejszy jak do tej pory powrót do Starkova, ale było warto!

27.02.2016 sobota

Pojechaliśmy w końcu w skałki, w które nie dotarliśmy poprzedniego dnia. Znaleźliśmy parking, zaplanowaliśmy trasę (niestety nie pętlę, tylko w tę i z powrotem) i ruszyliśmy w las. Tego dnia już nie było takiej ładnej pogody, zrobiło się strasznie zimno

„Brama”

Spod bramy poszliśmy według drogowskazu „na Koronę 1 km”, a po kilometrze doszliśmy do rozwidlenia „na Koronę 1 km”. Więc odechciało nam się już iść na tę Koronę, tym bardziej, że zaczęliśmy marznąć, a Młody trochę marudził. W dodatku niejaki Krzysztof wykonał stary numer pod tytułem „to ja tylko skoczę tą drogą 50 metrów i za pięć minut wracam”. Po czym poszedł pół kilometra w jedną stronę. Z plecakiem pełnym jedzenia, ciastek i gorącej herbaty.

Zmieniliśmy tylko szlak powrotu, ponieważ dotychczasowy żółty oznaczał, że musielibyśmy pokonać dość trudną trasę z powrotem i poszliśmy dalej, przeskoczyliśmy na zielony i już ładną, choć długawą drogą wróciliśmy na parking.

Po powrocie do Starkova udaliśmy się do „Niedźwiedzia” na „Stekovy vikend”, gdzie Ola chciała jeszcze raz uraczyć się smażonym serem, ale pokarało ją za odkładanie na ostatnią chwilę, bo tego dnia nie było sera w menu…

28.02.2016 niedziela

No i tak oto zakończył się nasz pobyt w miasteczku Starkov, w rewelacyjnej chacie z fajną ekipą, choć przy średniej pogodzie. Może jeszcze się kiedyś wybierzemy, tylko w sezonie, żeby zobaczyć wszystko to, co teraz było zavřeno?

Oddaliśmy klucze w restauracji, gdzie nikt nawet nie sprawdził, czy zapłaciliśmy i czy nie wynieśliśmy połowy sprzętów z domu (to miłe, muszę przyznać) i z jedną awarią po drodze dojechaliśmy do domów, aby następnego dnia rano wrócić pełni energii (jasne…) do pracy.

Pora na linki:

Galeria ze wszystkimi zdjęciami

Domek Roubenka Starkov

Jedna myśl na temat “Zavřeno”

Możliwość komentowania jest wyłączona.