Wczasowa 96

DSC_8609

Czyli jak się kończy szukanie noclegu w internecie bez zdjęć.

Obiecałam opowieść o domu na Wczasowej w Treście nad Zalewem Sulejowskim- synonimie wielkiej turystyczno-rekreacyjno-noclegowej pomyłki.

2011 rok. Decyzja o wyjeździe sześcioosobową grupą zapadła kilka dni przed sierpniowym świętem Matki Boskiej Jakiejśtam. Ponieważ celem  miał być popularny na przedłużone weekendy Zalew Sulejowski, wolnych miejsc w zasadzie już było brak. Obdzwoniliśmy różne znalezione w Internecie agroturystyki, stancje, gospodarstwa, ale pozostawały albo pojedyncze pokoje, albo jakieś dziwne kombinacje typu „no mamy pokój dwuosobowy. Aha, Państwa jest sześcioro… No to zrobimy jakąś dostawkę, czy coś…”

Wreszcie dodzwoniliśmy się do ludzi, którzy mieli wolne pokoje. Co prawda zaproponowali jedną dwójkę i jedną czwórkę, ale cóż, gapowe się płaci, będziemy się integrować. Poza tym, przecież jedziemy zwiedzać, oglądać i odpoczywać nad wodą, a nie siedzieć w pokojach.

Niestety nie było żadnych zdjęć, żeby można było obejrzeć obiekt, ale uznaliśmy to za logiczne- mało rozreklamowane miejsce i dlatego są jeszcze dostępne pokoje. Trochę nas zaskoczyło, co prawda, że mamy zabrać własną pościel, ale Pan wytłumaczył to dość sprawnie, że mają duży ruch i nie nadążają. No ok, kupiliśmy to. Morons.

Na miejsce zajechaliśmy późnym wieczorem, było już ciemno. Z zewnątrz, dom – jak to dom po ciemku, średnia rewelacja. Wyszły nam na powitanie dwie staruszki, kazały wysiąść wszystkim z samochodu, żeby mogły nas sobie obejrzeć (no, ok, może się boją zbirów czy coś). Po oględzinach, w trakcie których najwyraźniej zostaliśmy uznani za niezbyt groźny element, panie zaprowadziły nas do środka. Zanim jeszcze po kolei potknęliśmy się o zbutwiały próg, uderzył nas smród stęchlizny.

Wewnątrz coś w rodzaju klatki schodowej, każde schody inne i na jakichś dziwnych poziomach, ale nic, może architekt taką miał wizję, a my się nie znamy. Od razu uprzedzam, ze zdjęcia nie oddają w pełni rzeczywistości, nie tylko ze względu na brak zapachu grzyba, ale także wizualnie.

Po schodach weszliśmy na piętro (tudzież półpiętro, lub półtorapiętro, cholera wie, jak to liczyć), gdzie mieściła się nasza czwórka. Panie z nieskrywaną dumą zaprezentowały nam pokój, a my, na razie jeszcze bez słów patrzyliśmy na siebie z niedowierzaniem). Już nawet nie chodzi o te perły pajęczyn zwisające z jakiegoś znów dziwnie skonstruowanego sufitu, plastikową ceratę na stole, święte obrazki, czy piękne gołe jarzeniówy…

raczej chodzi o ogólną atmosferę trupiarni, tudzież psychiatryka z dziwnymi wysokimi oknami, które (jak okazało się za dnia) wychodziły na mur z zasiekami z drutu kolczastego…

Nieostrożnie uchyliliśmy drzwi od szafy, żeby zajrzeć w jakim jest stanie i od tamtej pory już ciągle towarzyszył nam subtelny zapach padliny.

Żeby usiąść na krzesłach, po wysunięciu ich spod stołu trzeba było najpierw strzepnąć z siedzeń kopczyki utworzone przez ten taki pyłek, który korniki wysypują, jak wyjadają drewno. Zastanawialiśmy się, czy to jest wyznacznik, po którym można ustalić (podobnie jak wiek drzewa po słojach) czas jaki musiał upłynąć od ostatniego sprzątania…

Łóżka w pokoju były dwa, nie mam zdjęć, ale może to i lepiej, bo jeszcze by się okazało, ze ktoś z Was jadł podczas czytania… Porwane i zaplamione nie wiadomo czym tapczany z przygotowanymi równie porwanymi i zaplamionymi kołdrami, bez poszewek, no ale przecież pan uprzedzał, że trzeba wziąć własne. Ta. Gdybym założyła własną poszewkę na te kołdry, to jedyne co by mi pozostało to później ją wyrzucić.

Panie zabrały nas na dalszą wycieczkę po swoim pałacu. Obejrzeliśmy pięterko z kącikiem rekreacyjnym (i zabitym oknem):

Salon, tudzież pokój wspólny:

Po czym schodami zeszliśmy do lochów, przepraszam, do kuchni.

Do dziś nie wiem, do czego służyło to przejściowe pomieszczenie, ale rozwalił mnie żyrandol ze słoika…

No i wreszcie kuchnia. Pamiętam, że taki zlew mieli kiedyś zaprzyjaźnieni gospodarze na wsi do pojenia bydła:

Kuchenka i szafka z szufladami.

Zajrzeliśmy do jednej w poszukiwaniu sztućców (już bardziej z ciekawości, nie to, żebyśmy zamierzali ich używać). Sztućce były. To znaczy same łyżki, ale za to pełna szuflada.

Jeśli ktoś byłby na tyle odważny, żeby w tej kuchni sobie coś upichcić, to nawet można było zjeść kulturalnie przy stole:

Ach, lodówka. O włożeniu tam jedzenia nie było mowy. Przez chwilę rozważaliśmy włożenie samych zapasów chłodzących, ale kiedy otworzyliśmy drzwiczki i wionęło nam ze środka bryzą, która skręcała włoski w nosie, poddaliśmy się – najwyżej nam się jedzenie zepsuje…

No i ten piękny widok z okna przy obiedzie…

Oprowadzę Was jeszcze po łazience i kończę, co by się nikomu w nocy nie przyśniło. Łazienka oczywiście jedna na piętro, ale o tym pan nas uczciwie uprzedzał (jak miło z jego strony). Jak wszystko w budynku miała dziwną labiryntową konstrukcję. Wchodzi się do środka i na wprost są dwie kabiny – w jednaj drzwi się nie zamykają, w drugiej nie działa światło, każdy może sobie wybrać, co woli. Na wprost kabin umywalka, czy coś…

Umywalka na wysokości ud, a kran na wysokości cycków, więc jakkolwiek by nie próbować puścić wodę, to za chwilę człowiek jest cały ochlapany. Tylko do wykonania numeru z Jasia Fasoli brakowało suszarki. Wszystko tak zasyfione, że nie umyliśmy nawet zębów na noc, ratowaliśmy się płynem do paszczy. Dalej na wprost widać druga umywalkę, ale baliśmy się zapuszczać tak daleko, wychynęliśmy tylko za załom. A za załomem, po lewej prysznic z dziurą w podłodze. Nie, nie kratką. Dziurą.

Na środku ściera na podłodze, a na prawo nie wiadomo do czego i czyje (ja w każdym razie nie chcę wiedzieć)…

I tak oto kończymy wycieczkę po ruderze na Wczasowej.

Przenocowaliśmy tam, bo nie było jak i gdzie szukać noclegu o północy, upiliśmy się jak tylko się dało, spaliśmy we własnych śpiworach z włączoną (też własną) lampką owadobójczą (chyba tylko dla naszego psychicznego komfortu, bo miejsce wymagało raczej zalania Muchozolem). Jedna osoba spała na krześle, bo nawet po pijaku nie przełamała obrzydzenia do zaplamionego tapczanu. Para z dwójki wychodziła rano z psem i kotem przez balkon, bo drzwi od pokoju  okazały się nieotwieralne, na szczęście mieli pokój na parterze.

Panie widząc, że z samego rana pakujemy wszystko z powrotem do samochodów wydzwoniły pana, który rozmawiał z nami przez telefon, że mu goście uciekają i rozpoczęła się awantura, w czasie której państwo nijak nie mogli zrozumieć, co jest nie tak. Na koniec uznali, że skoro już jesteśmy takie świnie, że wyjeżdżamy przed czasem, to powinniśmy wnieść dodatkową opłatę. Za sprzątanie. Przypomniawszy sobie kornikowe kopczyki, bez komentarza wsiedliśmy do samochodów i odjechaliśmy w stronę wschodzącego słońca szukać nowego noclegu.

PS. Nocleg znaleźliśmy, w Ośrodku Szkoleniowym „Nagórzyce”: dwuosobowe pokoje z czystymi, nowymi łóżkami (i pościelą), lodówką, telewizorem i czyściutką łazienką w każdym. Plus miejsce na ognisko z wiatą.

 

Jedna myśl na temat “Wczasowa 96”

  1. A mnie się łezka w oku kręci na te nostalgiczne wspomnienia ;). Zabrakło mi jeszcze wątku sympatycznej pary, którą mijaliśmy z Moniką idąc do naszej komnaty. Przy próbie otwarcia zamka do ich pokoju, zamek rozpadł się w rękach zaskoczonego Pana. Nasze spojrzenia się w tej chwili spotkały, nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy tego gościa ;).

    Dzięki za save’a pamięć z Wczasowej!

Możliwość komentowania jest wyłączona.