Poznajcie Grzybka

„Tylko dwie rzeczy są nieskończone: wszechświat i ludzka głupota. Co do tej pierwszej są jednak pewne wątpliwości.” A. Einstein.

Oficjalnie miał mieć na imię Castiel, ale oczywiście oficjalne imiona są po to, żeby nikt ich nigdy nie używał. Poznajcie więc historię Grzybka/ Herbatnika/ Okruszka.

Będzie to historia o wyżej wspomnianej nieskończonej ludzkiej głupocie, ale i o przywracaniu wiary w to, że zawsze będą na świecie ludzie gotowi nadejść z odsieczą i z uporem nieść pomoc, przy niewielkich nawet szansach powodzenia. I o wielkiej woli życia w małych istotach.

Pewnego dnia do Przychodni Wyżyny trafiła świnka morska. Miała około trzech tygodni. Wszoły i grzybica stanowiły tylko część problemu- były naturalną konsekwencją braku odporności. Świnka ważyła 100 gramów, czyli tyle co pół kostki masła, była wychudzona i wyłaziła jej sierść odsłaniając placki łuszczącej się skóry.

Gdybym dorwała w swoje ręce takiego handlarza, najpierw przywiązałabym do drzewa w lesie (drutem kolczastym), a potem po kolei powyrywała wszystkie wystające części ciała. Handlarza, który z pełną świadomością sprzedaje na bazarze tygodniowe zwierzęta, które jeszcze przynajmniej miesiąc powinny być przy matce.

Świnki morskie są o tyle nietypowe, że rodzą się już „kompletne”: widzą, słyszą, chodzą, mają futerko, skubią sianko. Zasadniczo wyglądają tak miniaturki swoich rodziców. Ale tak jak wszystkie noworodki potrzebują pokarmu matki, żeby wykształcić odpowiedni poziom odporności, że o takich rzeczach jak bliskość i ciepło nie wspomnę. Za zabieranie takich maluchów i sprzedawanie na bazarach powinno się wybijać wszystkie zęby.

No i cóż działo się dalej… Właścicielom już skończyły się pomysły na to, co jeszcze mogliby zrobić, a wiadomo, że nie chcą malucha dłużej męczyć, ani ryzykować zdrowiem dzieci. Nie mając już innego wyjścia myśleli o uśpieniu, ale doktor Karolina obejrzała świnkę, podumała, podrapała się w głowę, i zaproponowała przekazanie świnki lecznicy. Właściciele ucieszyli się z takiego rozwiązania i cała ekipa przychodni zabrała się za wielokierunkowe leczenie- na wszoły, skórę i obniżoną odporność. Z pełną świadomością, że szanse takiego maleństwa na wyzdrowienie nie są zbyt duże.

Śwince wypadła sierść z tułowia, więc przez chwilę wyglądał jak rasowy skinny, ale szybko zaczęła odrastać z powrotem. Codziennie personel zmieniał wyściółkę w klatce, żeby nic się tam nie zagnieździło.

Kontakt ze świnką oczywiście w gumowych rękawiczkach… Widać, jaki z niego olbrzym:

I tak spędził Okruszek sporo czasu w przychodni, gdzie wszyscy na niego chuchali i dmuchali, kąpali, smarowali, doglądali i badali. Na poniedziałkowe wizyty przychodziły także Ręce-Które-Leczą specjalisty od zwierząt egzotycznych: doktora Łukasza. Przez półtora tygodnia maluch przytył całe 35 gramów, co oznacza całkiem dobry kierunek. Kiedy już najgorsze minęło i wszystko szło ku dobremu, świnkę można było adoptować i zabrać do nowego domu:)

Na początku Grzybek był trochę onieśmielony nowym miejscem i dużą klatką…

Ale bardzo szybko się zadomowił:

Oczywiście przeprowadzka do nowego domu wcale nie oznacza końca leczenia, świnka nadal dostaje codziennie witaminę C na odporność, no i koniecznie kąpiele:

Niespecjalnie za nimi przepada, szczególnie za drugim etapem, czyli straszliwie śmierdzącą (zgniłym jajem), ale najwyraźniej skuteczną cieczą kalifornijską (o pięknym słomkowym kolorze moczu), od której sąsiedzi w bloku tracą apetyt przy obiedzie. Swoją drogą, preparat mało popularny, szczególnie w leczeniu świnek morskich, więc tutaj ogromny ukłon w stronę doktor Moniki za nietypową wiedzę. Zdjęcia z moczenia w cieczy nie ma, bo nie było czasu, śmierdzi to naprawdę okropnie…

A po kąpieli zawsze jest jakaś nagroda dla Dzielnego Pacjenta:

Maluch rośnie jak na drożdżach, dzisiejsze ważenie wykazało, że jest go już dwa razy więcej, niż w dniu, kiedy trafił w czujne ręce ludzi z przychodni (nie lubimy ważenia):

Jak widać futerko mu odrasta, mięciutkie, lśniące i bez żadnych „dodatków”. Świnek jest żywy, towarzyski i bardzo ciekawski- biega, wącha i zagląda, gdzie się da. Im wyżej i im więcej widać, tym lepiej, więc ramię jest najlepszym punktem obserwacyjnym. Bardzo się garnie do człowieka, głównie przez to, że w zasadzie nie zna innych świnek (jeszcze). No, jedną już zna, ale tylko dwuwymiarową:

Dziś była kolejna kąpiel, po zdjęciach widać różnicę w wielkości i sierści świnki, jak szybko się zmienia

Oczywiście, po śmierdzącym lekarstwie nieco się obraził, więc trzeba go było przekupić (koperek jest bardzo dobrą walutą):

No i tak sobie mieszka, zdrowieje, rośnie i zarasta nowym futerkiem. Rąbie koperek, hałasuje w nocy poidełkiem i powoli uczy się gadać po świnkowemu, chociaż nie bardzo ma go kto nauczyć.

Ale to może temat na za jakiś czas, w końcu to stadne zwierzę i nie powinno siedzieć samo cały dzień, kiedy jego człowiek jest w pracy. Na razie musi wyzdrowieć i podrosnąć. I jest na najlepszej ku temu drodze, więc trzymajcie kciuki za Grzybka/ Castiela/ Herbatnika/ Okruszka :)

A morał, moje drogie dzieci z tej historii jest taki, że nie bądźcie bezmózgami, kupujcie zwierzęta odpowiedzialnie, z pewnych źródeł, a najlepiej adoptujcie. Tym razem się udało, ale co jeśli właściciel nie będzie z tych myślących i po prostu wypuści problem gdzieś do lasu? Zapakuje w worek i wyrzuci na śmietnik? Internet pęka w szwach od takich historii, nie dokładajcie tam swojego kamyka.

Last but not least, należą się ogromne podziękowania, szacunek i podziw dla wszystkich ludzi z Przychodni Wyżyny, którzy nie odpuścili i z uporem wyciągali malucha z tego dołka. Bezinteresownie skakali wokół niego i cierpliwie robili wszystko co trzeba, żeby wyzdrowiał. Całym sercem polecam. Ja i Grzybek.

PS. Zdjęcia z logo Przychodni należą wyłącznie do nich i za ich uprzejmą zgodą mogłam je tutaj umieścić. Bardzo dziękuję również za profesjonalne porady przy tworzeniu wpisu :)

2 myśli na temat “Poznajcie Grzybka”

  1. Jest piękny. Mam ogromny szacunek dla ludzi, którzy ratują zwierzęta z opresji. Sama miałam pana świnkę – Sajgona. Był z nami 6 i pół roku.

Możliwość komentowania jest wyłączona.