Loch Ness 21-26.04.2016r.

DSCN3039

Białystok- krótka historia wprowadzająca.

Wyobraź sobie, że stoisz w kolejce do bramki przed wejściem do samolotu. Tworzy się kolejka, wszyscy grzecznie stoją i czekają, albo w ogóle siedzą jeszcze na ławeczkach, oprócz jednego faceta. Facet gada przez telefon i słyszysz, że spieszy mu się strasznie do Białegostoku, bo inaczej spóźni się na pociąg. Jednocześnie widzisz, że gość próbuje nerwowo przesuwać się na przód kolejki: lewą stroną, tu nóżka, tu rączka z biletem i hops! już jest o jedną osobę bliżej… Za chwilę tam mu stópka dyskretnie pełznie, tym razem prawą stroną i już kolejny frajer z kolejki za nim. Jednocześnie ciągle trzeszczy do telefonu, jak to w tym Białymstoku wspomniany pociąg mu ucieknie. I zastanawiasz się, co on sobie wydumał tak się przepychając… że przód samolotu szybciej doleci? Że wsiadający najpierw lecą innym tempem, niż ci później? Że jak on już się dopcha i wsiądzie, to samolot wystartuje zostawiając tych frajerów z kolejki na lotnisku? I tak oto, dzięki krótkiej historii Agaty, na wyjeździe do Loch Ness Białystok stał się synonimem wszystkich tych, którzy pchają się w kolejce, usiłują się przedostać jak najbliżej wejścia lub zamiast usiąść w poczekalni stoją 45 minut z walizkami, żeby nikt ich nie wyprzedził. Mimo, że i tak dzięki temu samolot/ pociąg/ autobus/ film w kinie szybciej nie odleci/ odjedzie/ nie zacznie się…

Historia właściwa

21.04.2016r. czwartek

Lotnisko Modlin- około godziny 19:00 zebrała się cała warszawska część wyjazdowej ekipy na lotnisku. Rozpoczęło się jedno wielkie przepakowywanie, żeby wszystkie nasze graty pomieścić w dwóch głównych bagażach do 15 kg, no i tyle, ile się każdemu zmieści do podręcznego- 10 kg. „Czy zabiorą mi sporka z torebki?”, „Czy można termos pusty?”, „Ej, zmieści ci się moja wykałaczka jeszcze, bo ja już nie wepchnę?”, „Po co Ci temperówka pod namiotem?”.

Nasz babski trzyosobowy bagaż (a w nim namiot, termos, śpiwory, karimaty i luzem wsypane zupki chińskie i owsianki, które już się nigdzie nie chciały dać upchnąć) o mały włos nie zmieściłby się w limicie: 14,6 kg. Drugi trzyosobowy bagaż nieco przekroczył dopuszczalną wartość, ale okazało się, że ktoś mądry wpadł na rozwiązanie- jeśli jeden pasażer nadaje zbyt ciężki bagaż główny, ale ma mniej w podręcznym, można je połączyć, jeśli wspólnie nie ważą więcej niż trzeba. Rozsądne. Zupełnie jak nie u nas…

Ale już wkrótce wszystko wróciło do normy, nadaliśmy to, co trzeba i stanęliśmy w kolejce do odprawy bezpieczeństwa. Takiej, która ciągnęła się między barierkami, przez odloty, aż do przylotów. Staliśmy w niej ponad godzinę, przesuwając się w żółwim tempie z naszymi tobołami. Potem już tylko krótkie czekanie na otwarcie bramki i podziwianie wytrwałego Białegostoku, który cały ten czas sterczał w blokach startowych z walizkami, chociaż nawet jeszcze nie zjawiły się panie z obsługi i nikt nie wpuszczał do samolotu.

Oczekiwanie na otwarcie bramki, w tle Białystok do Brukseli:

Nasz rydwan:

I nocne Glasgow, niestety przez szybę (bez szyby byłoby może ładniej, ale w sumie to chyba nie najlepsze rozwiązanie):

Wylądowaliśmy około wpół do pierwszej w nocy, na szczęście autobusy do centrum wciąż jeszcze kursowały (za jedyne 7 funtów za osobę). Jakoś zupełnie nie rzucało się w oczy przy wsiadaniu, że kierowca siedzi nie z tej strony, ale podczas jazdy… wszystko jest nie tam, gdzie powinno. Nie dość, że samochody z przeciwka jadą na czołowe, znaki są nie z tej strony, zjazdy z tras też. Strasznie głupie uczucie… Ale za to są mądre życiowe rady, wyświetlane nad trasą: „Zapinaj pasy”, „Sflaczała opona zużywa więcej paliwa”, „Jedź ostrożnie”. Brakowało mi tylko „Dziecko twym największym skarbem”…

Z przystanku na George Square przeszliśmy na piechotę do Hotelu St Enoch (taka święta patronka miasta), zagadnięci po drodze przez obcą kobietę, czy przypadkiem nie potrzebujemy pomocy z trafieniem na miejsce. Swoją drogą okazało się to całkiem normalne, że ludzie sami Cię tak zagadują, żeby Ci pomóc. Dziwni jacyś… Może wariaci…

Hotel okazał się prześmieszny. Pościel była czysta i pachnąca, dla każdego czysty biały ręcznik z małym mydełkiem, co dość ostro kontrastowało z odpadającym tynkiem w pokojach, niezamykanym oknem i widokiem na pokryty papą dziwny daszek. Aha, trochę hurgocze metro pod budynkiem. Można powiedzieć też, że to pokój bez klamek, bo klamka nie działa, drzwi otwiera się zamkiem. Lampa w podłodze też była- w szerokiej na dłoń szparze pod drzwiami od korytarza.

Ale hitem są dla mnie angielskie rozwiązania w łazienkach. Sporo czasu zajęło nam rozpracowanie systemu spuszczania wody w toalecie. Jest, owszem, rączka przy zbiorniku. Leci woda, jak się ją naciśnie, ale tylko parę kropel i koniec. Naciskasz drugi raz- znowu tylko parę kropel, ale  jakby nieco więcej. I tym sposobem dochodzisz do tego, że żeby spuścić wodę musisz stać i naciskać tę śmieszną rączkę jak pompkę i dopiero po kilku razach zaczyna to wszystko działać.

Ale krany w całej Wielkiej Brytanii to już chyba projektował Bezdennie Głupi Johnson*.

Ja rozumiem, że ręce czy twarz to jeszcze można umyć zatykając umywalkę korkiem i nalewając wody. Ale weź i spróbuj nabrać wodę w dłonie, żeby opłukać zęby… Żeby była pełna jasność, temperatura jest nie do wytrzymania w każdym z kranów oddzielnie. Jeden prowadzi do źródeł pod lodowcami, a drugi na samo dno siódmego z piekieł.

Około trzeciej, po szybkim skoczeniu do sąsiedniego kebaba po cokolwiek do picia (wody niet), prysznicu i herbatce, wszyscy padli.

22.04.2016r. piątek

Śniadanie w hotelu, czyli dobry Vifon nie jest zły:

Cały dzień był przeznaczony na zwiedzanie Glasgow, ewentualne zakupy i obejrzenie co ciekawszych pubów w mieście. Plan został zrealizowany w 66%.

Wszędzie, ale to absolutnie wszędzie rosną krzaki z malutkimi żółtymi kwiatkami i igłami, trochę jak zmutowany jałowiec. Glasgow jest cudne, wygląda, jakby kręcili w nim Harrego Pottera.

I taksówki jak z Sherlocka!

W całym mieście są połączone stare budynki z nowymi rozwiązaniami, ale tak, że nie kłuje to w oczy. Da się? Da się. Nero Coffee w starym budyneczku obok szklanej stacji metra:

Metro to chyba też robota czołowego architekta Ankh-Morpork: zamiast jak we wszystkich normalnych miastach jeździć po swojej linii w tę i z powrotem, to tutaj jeździ… w kółko. Po okręgu zewnętrznym jeździ się w lewo, po wewnętrznym w prawo. Zakupiliśmy sobie całodobowe bilety na miejską komunikację, które później się okazały ani nie całodobowe (do północy), ani nie na całą komunikację (tylko metro) i zeszliśmy na peron. Tunel wygląda, jakby miała z niego wyjechać duża dżdżownica, a sam pociąg przypomina tylko trochę przerośniętą pomarańczową parówkę. Nie trzeba być nawet specjalnie wysokim, żeby się schylać w progu wagonu. Siedzi się, jak na kanapie u cioci na imieninach :) Potocznie metro w Glasgow nazywane jest „Mechaniczną Pomarańczą”- mam nadzieję, że wyłącznie dlatego, że ma pomarańczowe wagony, a nie ze względu na fabułę książki…

Aha: i wszędzie są narcyzy. Ale to absolutnie wszędzie, obsadzone jest nimi całe miasto, ozdobione są nimi witryny sklepów, ludzie noszą je przypięte do ubrań, nawet jeden papierowy był przypięty do ściany w naszym hotelowym pokoju. Ponieważ znaleźliśmy się w Szkocji dwa dni po 19 kwietnia, już myśleliśmy, że może tutaj tak solidarnie obchodzą rocznicę wybuchu Powstania w Getcie, ale okazuje się, że to jeden z symboli Zjednoczonego Królestwa (szczególnie Walii), a poza tym zwiastun wiosny.

Na początek wybraliśmy się do ogrodów botanicznych, z których miasto jest znane. I nie ma co się dziwić.

Najpierw weszliśmy do Kibble Palace- ogromnej szklarni opartej na białym żelaznym szkielecie- coś pięknego!

Wewnątrz przekrój roślinności z całego świata, podzielony rejonami. Tu trochę z Australii, tam z Ameryki Południowej, a w samym środku jeden wielki gąszcz dżungli z bananowcami.

Oczywiście nie mogliśmy pominąć bocznego skrzydła:

Chociaż wybór gatunków nieco rozczarowuje- wewnątrz były tylko mięsożerne z rodzaju dzbaneczników i parę pojedynczych rosiczek. Muchołówek nie było, a szkoda, bo są najciekawsze :)

Byliśmy także w Starej Oranżerii, pięknej, drewnianej, z mnóstwem dodatkowych skrzydeł i korytarzyków.

Przez szybkę, więc trochę przydymione:

Była też część poświęcona w całości roślinom wodnym:

W akwariach przedstawione były ekosystemy róznych zbiorników wodnych na świecie:

Na koniec dodam, że najchłodniej było u kaktusów.

Na całym terenie ogrodów można nie tylko zasiąść z kocykiem na trawniku bez płacenia mandatu, ale również odpocząć na jednej z wielu ławeczek, z których każda ma swoją tabliczkę (są nie tylko w ogrodach, można je znaleźć wszędzie w mieście). Tabliczka może wskazywać, kto ławeczkę zasponsorował, albo czyjej pamięci została poświęcona

Z ogrodów poszliśmy w stronę Uniwersytetu, po drodze zajrzawszy do pubu urządzonego w budynku kościoła.

Widoczki po drodze (piękne miasto):

Jak te rury nie zamarzają w zimie?

Przed Uniwersytetem:

Ten to dopiero wygląda, jakby Harry Potter się tu uczył…

Na terenie Uniwerku, pod kolumnami znaleźliśmy Hunterian Museum. Nazwa pochodzi od nazwiska Williama Huntera, lekarza, położnika, anatoma, autora pięknie brzmiącego w wolnym tłumaczeniu dzieła „Anatomia ludzkiej macicy podczas ciąży”. Muzeum jest niesamowite, zupełnie inne od wszystkich nam znanych dotychczas- kompletny szwarc, mydło i powidło. Jedyną w miarę uporządkowaną częścią była ta poświęcona samemu Hunterowi i jego osiągnięciom.

A potem jak leci: płody w słoikach, kawałki starożytnego Muru Antonina, zniekształcone wypchane zwierzątka, minerały, instrumenty, dla każdego coś miłego…

Szkielet dinozaura,

Za nim gablota z trąbkami, w tle garnki i talerze,

Różne chirurgiczne cuda (tu dawna maseczka anestezjologiczna),

z krótką przerwą na drony do śledzenia migracji ptaków (logiczne powiązanie),

Naprzeciwko trąbek, obok wypchanego wilka, czyjaś wielka noga…

Wszystko przeuroczo wymieszane, z przewagą różnych martwych rzeczy w formalinie i kości…

A w gablocie obok dawne osiągnięcia z dziedziny elektryczności

Po wzmagających apetyt eksponatach poszliśmy do studenckiej knajpy na obiad, gdzie wypiłam najdroższe w swoim życiu piwo :)

A z ciekawostek, w toalecie oprócz suszarki do rąk, prostownico- lokówka na funty:

Potem wybraliśmy się nad rzekę Clyde, przez stację Partick (uparcie przez nas nazywaną Patrickiem) z fajnymi muralami

Owłosione serce? :)

do muzeum rzecznego, ale niestety spóźniliśmy się, żeby je zwiedzić. Więc tylko pokręciliśmy się po okolicy,

zrobiliśmy pamiątkową zbiorową fotę z samowyzwalaczem:

I podejrzeliśmy jak film kręcą :)

A potem spacerem wróciliśmy do hotelu, po drodze podziwiając widoczki:

Spóźniliśmy się na zjazd food trucków:

Aktorzy wracają z planu filmowego:

Myśleliśmy, ze to pomnik kogoś w stylu naszej Wandy, co to Niemca nie chciała,

ale nie- jest poświęcony tym mieszkańcom Glasgow, którzy w latach 1936-1939 pojechali do Hiszpanii walczyć z faszyzmem.

Clyde Audytorium (Glasgow Armadillo), sala koncertowa:

SSE Hydro, hala widowiskowa:

Centrum naukowe:

Jakaś maszyneria, zdaje się, że od mostu, który już nie istnieje:

Wróciliśmy do hotelu, żeby się przegrupować, zostawić toboły i wyskoczyć na zwiedzanie dwóch zabytkowych pubów. Po pół godziny krótkiej drzemki znegocjowaliśmy wyprawę do jednego pubu, a o wpół do jedenastej Honka pogasiła światła i tyle było naszego pubingu… Drugi pokój bez porozumiewania się z nami opracował taki sam system.

Ponieważ hotel sąsiadował przez ścianę z kebabem, a panu kucharzowi najwyraźniej się coś przypaliło, trzeba było zrobić krótką przerwę w spaniu na sprawdzenie, czy przypadkiem pokój nam się nie pali. Smród był straszliwy, ale jak się później okazało, nigdy nie należy narzekać, bo zawsze może być gorzej…

23.04.2016 sobota

Rano szybkie śniadanko z Vifonem, przepakowanie tobołów i przemarsz z całym naszym mandżurem na dworzec Buchanan,

skąd mieliśmy autobus do Perth, tam szybka przesiadka (15 minut) do Inverness.

Autobus do Perth spóźnił się godzinę, podjechał na nie swoje stanowisko, więc znaleźliśmy się nagle na samym czele kolejki, a cały Białystok, który tę bitą godzinę grzecznie stał w kolejce z tobołami w rękach, został na samym końcu:)

Na szczęście informacja w Glasgow działa sprawnie i nasz przesiadkowy autobus w Perth grzecznie czekał, prawie godzinę, aż spóźnieni dotrzemy na dworzec. Fotka z drogi:

Hostel, w którym mieliśmy rezerwację był przy samym dworcu, dzięki czemu nie musieliśmy tachać wszystkiego ze sobą przez pół miasta.

Niestety po dotarciu do naszego pokoju pojawił się zgrzyt. Pokój był 10-osobowy, nas było sztuk osiem, więc dwoje ludzi zostało do nas dołączonych. Jedna pani z Australii, przesympatyczna, która właśnie na emeryturze sobie podróżowała po świecie oraz jeden facet. Facet śmierdział. Ale śmierdział tak, że nie dało się wejść do pokoju i wytrzymać tam pięciu minut, nie mówiąc o perspektywie spania… Usiłowaliśmy załatwić cokolwiek z ekipą hostelową, ale udało nam się ugrać tyle, że w razie czego będziemy mogli spać w salonie wspólnym albo w kuchni. Koniec końców ściągnęli managera, którzy zapakował śmierdzielowi ciuchy i buty do plastikowych toreb i wysłał pod prysznic. A tak nam przypalony serek w Glasgow przeszkadzał…

Kiedy pan się kąpał, my poszliśmy na szybki obiad (z rewelacyjnym cydrem- jest zupełnie inny, niż w Polsce, bo nie smakuje jak dosładzana oranżada), a potem jedna podgrupa wybrała się na spacer po mieście, a druga na szoping. Chciałam sobie kupić w Primarku koszulkę ze Slade albo Jethro Tull, ale ponieważ nie było, zadowoliłam się gaciami z Hogwartem :)

Kiedy wracaliśmy z zakupów zaintrygowała nas pozycja w menu pobliskiego baru Codfather**

„panierowany Mars”. A ponieważ po to człowiek podróżuje, żeby próbować nowych rzeczy, zamówiliśmy owego Marsa, krążki cebulowe i małe panierowane pieczareczki. Kiedy w końcu odważyliśmy się również zamówić marynowane jajko z wielkiego słoja na ladzie, pani była z nami tak zakumplowana, że dostaliśmy dwa jajka na koszt firmy i tak oto wyglądała nasza pożywna kolacja:

Zabraliśmy nawet jedno jajko ekipie do spróbowania, ale jakoś nikt nie chciał… Zasadniczo, cóż… smakuje, jak jajko z octem. A panierowanego Marsa nie polecam- mniej więcej tak smakuje, jak brzmi. W hostelu już nie mieliśmy siły ani wychodzić nigdzie na piwo, ani wykłócać się dalej o zapach w pokoju i padliśmy spać.

24.04.2016r. niedziela

Rano przy śniadaniu dołączył do nas Piotr- nasz prezent od opatrzności, człowiek-orkiestra: kajakarz, kanuista, rowerzysta, łucznik, wspinacz i inżynier budownictwa. To właśnie od Piotra wynajęliśmy kajaki i to dzięki jego czujności całe płynięcie było tak udane, chociażby dlatego, że gdyby nie on, płynęlibyśmy pod wiatr. Co byłoby bardzo frustrujące i bardzo krótkie. Obgadaliśmy przy kawie, co kto umie, czego nie umie, skąd dokąd płyniemy, co znajdziemy na trasie i otrzymaliśmy wszelkie możliwe instrukcje i podpowiedzi.

Jeszcze tylko szybkie zakupy typu woda czy chleb i Piotr zawiózł nas na miejsce startu- nad Kanał Kaledoński, za ostatnią śluzą. Jeździł na dwa rzuty, więc kiedy obracał po drugą część ekipy, my już szykowaliśmy kajaki do pływania.

W międzyczasie zrobiła się przepiękna słoneczna i całkowicie bezwietrzna pogoda

Sklep z roślinkami- bierzesz doniczkę, a pieniądze wrzucasz do pudełka. Kompletnie nikogo nie ma w pobliżu.

Odprawa z ostatnimi instrukcjami:

I pakujemy się na wodę:

I ruszylim… (niestety na obiektywie zostało trochę wody)

Niedaleko od miejsca startu musieliśmy zrobić małą przerwę na zamianę dwóch kajaków jedynek na jedną dwójkę, więc podczas kiedy Radek i Agnieszka zawrócili, reszta zrobiła postój na brzegu

Krypa z kanu na pokładzie:

Wróciła brakująca dwójka i popłynęliśmy dalej,

Z moją cierpliwą i wyrozumiałą instruktorką kajakarstwa:

a przed nami otworzyło się Loch Ness…

Trochę chłodno, ale w miarę bezwietrznie i humory dopisują:

Woda jest czyściutka, mimo, że zawiera sporo torfu

Na jeziorze trafiliśmy na hodowlę ryb

I miejsce na siku, które było tak urokliwe, że w końcu zostaliśmy tam na noc. Widoki przepiękne, a las, w którym biwakowaliśmy- jak żywcem wyjęty z Tolkiena.

Zimno!

Taka tam zbieranina obozowa

Agnieszka i Nessie:

Groszek z Tesco

Polski odpowiednik Kelly Kettle. Sprawdził się super, zawdzięczamy mu ogromne ilości gorącej herbaty:)

Boczuś! Om nom nom nom…

I ognisko z polskimi kiszonymi ogórkami i szkocką whisky

25.04.2016r. poniedziałek

Po zimnej nocy nadszedł równie zimny poranek,

dopiero ciepła owsianka nieco pomogła. Pomogłaby bardziej, gdyby nie napadało do niej gradu

Przygotowania do ruszenia w dalszą trasę:

W czasie kiedy zwijaliśmy wszystkie swoje manele, wyszło słoneczko i tak już było do końca dnia- na zmianę słońce z gradem, w mniej więcej półgodzinnych interwałach. Jedyne, co było stałe to wiatr, który całkiem solidnie rozbujał się na jeziorze, ale dzięki Piotrowi wiał nam w plecy i popychał do przodu. Mgła:

I słońce:

Idzie kolejna fala gradu:

Pół na pół

I słońce:

I grad:

Przerwa na herbatkę, siku i odpoczynek nieopodal miasteczka Inverfarigaig, u ujścia rzeki Farigaig (cudne nazwy!)

Omszałe kamulce, jak z jakiegoś bajkowego lasu

Przeczekaliśmy kolejną falę gradu

i kiedy znów wyszło słońce

ruszyliśmy na pozostałe trzy kilometry do miasta Foyers,

gdzie przewidywaliśmy zakończenie pływania, zresztą tam byliśmy umówieni z Piotrem, ze względu na dobre podejście do wody.

Na wysokości Foyers pozostał nam już tylko jeden cypel do opłynięcia, ale wiatr się tak rozpędził na tych kilometrach od Inverness, że nie było sensu ryzykować dla tych kilkuset metrów i zakończyliśmy spływ zaraz za elektrownią wodną (Foyers Falls Power Station).

Wreszcie udało mi się ustrzelić z bliska te wszędobylskie żółte kwiatuszki- służą nawet jako ogrodzenia na pastwiskach ze względu na długie igły…

Przebieranie i pakowanie

Fotki z drogi (obowiązkowo żółte krzaki)

Piotr odwiózł część z nas pod sam hostel (część dojechała autobusem, żeby nie trzeba było jeździć na dwa rzuty), gdzie zastaliśmy naszego starego znajomego, a w każdym razie jego Zapach, który już dorobił się swojej własnej osobowości. Dwie Francuzki, które miały pecha wylądować z nim w pokoju spały przy recepcji. Zaanektowaliśmy wszystkie kaloryfery na piętrze, żeby dosuszyć mokre ciuchy

Rano zapakowaliśmy wszystko, chociaż część rzeczy była jeszcze wilgotna i zataszczyliśmy na dworzec, żeby wrócić z Inverness do Glasgow ta samą droga przez Perth, tym razem na szczęście bez opóźnień.

W Glasgow zostawiliśmy prawie wszystkie rzeczy w skrytkach (dwóch największych) na dworcu, żeby bez zbędnego obciążenia dokończyć zakupy, zjeść śniadanie w Subwayu i policzyć, czy nas stać na autobus na lotnisko.

Nie było nas stać, zabrakło pięciu funtów:)

Kiedy już wszyscy wszystko pozałatwiali, zabraliśmy rzeczy ze skrytek, załadowaliśmy się do autobusu i około dwie godziny przed odlotem byliśmy na lotnisku. Tam trzeba było zrobić jeszcze szybkie przepakowanie, co do głównego, co do podręcznego (pamiętajcie, żeby przełożyć scyzoryk do głównego, bo robią o to jakieś straszne zamieszanie, policję wzywają, scyzoryk niszczą i w ogóle…)

I tak oto pożegnaliśmy Szkocję, ale na pewno jeszcze tu wrócimy (jak będziemy mieć dużo pieniędzy)

Link do galerii: Galeria Loch Ness

Gdyby ktoś szukał właściwego człowieka na właściwym miejscu, żeby aktywnie spędzić czas w Szkocji, to całym sercem polecamy Piotra: Outdoor Explore

*Kto nie zna, odsyłam do Terry’ego Pratchetta.

** Gra słów: Godfather („Ojciec Chrzestny”) + cod (dorsz)