Grzybek i spółka

Pamiętacie Grzybka – malutką wyłysiałą świnkę uratowaną przez ekipę Przychodni Wyżyny? Trochę się u niej pozmieniało.

Po pierwsze: okazała się samiczką.

Po drugie, pod najlepszą opieką weterynaryjną i na dobrym jedzonku nieco jej się urosło. W marcu wyglądała tak:

Po czterech miesiącach nie chce już się zmieścić na dłoni, a przy tym mogłaby dorabiać jako twarz L’Oreal…

No i zmiana najważniejsza: mniej więcej dwa miesiące temu nastąpiło nieuniknione i do Grzybka dołączyło towarzystwo. W planie rzecz jasna była jedna koleżanka, ale ponieważ w sklepie byłyśmy z mamą we dwie, więc sami rozumiecie…

Wieczorek zapoznawczy:

Ponieważ, jak wspomniałam w sklepie towarzyszyła mi mama, więc świnki jeszcze tego samego dnia zostały wyposażone w apartamenty z choinką przed wejściem

Nowym koleżankom przyszło niestety trochę poczekać na wprowadzenie się do dużej klatki i domku, ponieważ (rzecz jasna) ze sklepu przyszły z pasożytami, których najpierw należało się pozbyć. Po zakończeniu odrobaczania banda była w komplecie, a domek od tamtej pory robi za lokalny country club.

I tak do Grzybka dołączyły:

Świnka żółta – niesamowicie ruchliwa i skoczna. Potrafi się wyginać, wykręcać i wyślizgiwać z każdego uchwytu, co oczywiście jest superpomocne przy podawaniu witaminy C ze strzykawki…

Jedyna świnka jaką znam, która nie lubi dropsów jogurtowych… Kupiła mnie swoim nietypowym umaszczeniem, no i rozetką na środku głowy.

Świnka Ruda: o wiele spokojniejsza, mniej żwawa (nie dotyczy momentu podawania witaminy), ale za to większa przylepa. Puszczona na środek podłogi zamiast biegać i chować się po kątach siedzi w miejscu i czeka, aż ją ktoś zabierze. Ta w sklepie kupiła mamę.

Początkowo miała futerko trochę jak jamnik szorstkowłosy: twarde i sterczące. Wszyscy uznaliśmy, że taka już jej uroda. Jednak po odrobaczaniu, witaminach i bez podgryzających koleżanek w sklepie futerko ma błyszczące i gładkie. No, chyba, żeby ją potargać:

No i last but not least, najmłodsza świnka w towarzystwie, przybyła samolotem prosto z dalekiego słoneczno-mglistego Edynburga. Teraz mieszka na klatce i pilnuje tej bandy potworów. Dziękuję Kasiu :*

I tak sobie mieszkają razem, nie tłuką się na szczęście między sobą. Chociaż oczywiście wiadomo- obierki z ogórka najlepiej smakują u kogoś innego, a na hamaku koniecznie trzeba siedzieć wtedy, kiedy jest już zajęty, ale to nic szczególnego. Dzień jak co dzień. Na marginesie dodam, że u nich dzień zaczyna się około piątej…

Jedynie na noc wyjeżdżają z klatki metalowe kulkowe poidełka, bo ta ekipa jest szczególnie uzdolniona jeśli chodzi o tłuczenie nimi o klatkę. Żadne wcześniejsze nie potrafiły robić tym aż tyle łomotu. (Żeby się zaraz ktoś nie obruszył, zamiast poidełek na noc wjeżdża miseczka z wodą).

I tylko jakoś cały czas imion nie mają… Grzybkowi zostało takie niby-imię z czasów, kiedy jeszcze myśleliśmy, że to chłopak, więc już też trochę nieaktualne. Konkursu zrobić nie mogę, bo to jakieś regulaminy pisać trzeba i inne cuda, ale towarzysko sugeruję, że jak ktoś coś fajnego wymyśli, to stawiam piwo :)

Na koniec ciekawostka. Widzieliście kiedyś jak świnka wygląda wewnątrz? Kiedy dwa nowe potwory przyjechały ze sklepu, po kilku dniach zaczęły im strasznie puchnąć brzuchy, szczególnie rudej. Na szczęście okazało się, że tylko się przeżerały (musiały mieć rewelacyjny wikt w sklepie albo u hodowcy), ale żeby ostatecznie wykluczyć wizję dwóch ciąż zrobiliśmy zdjęcia rtg w przychodni Salvet na Wilanowie. I tak oto wygląda prześwietlona świnka (z lewej Ruda, z prawej żółta):

Teraz już wszystko z nimi w porządku, nauczyły się (trochę), że nie muszą się opychać jak na wojnę. Rosną i coraz bardziej różnią się charakterami. Tak więc trzymajcie kciuki za małe potwory i myślcie nad imionami:)

2 myśli na temat “Grzybek i spółka”

Możliwość komentowania jest wyłączona.