Służewiec Wyścigi – 24.07.2016

Dziś już najstarsi górale nie pamiętają, kiedy to było, gdy dawno, dawno  temu wybraliśmy się niewielką ekipą na otwarcie sezonu na Torze Wyścigów Konnych na Służewcu.

dsc_5904Pogoda typowo kwietniowa: minus trzysta stopni, wiało, lało, a dzikie tłumy nie dawały podejść do barierek, żeby cokolwiek zobaczyć. A było co oglądać, bo tego dnia jeździły kłusaki. O, takie o:

Wytrzymaliśmy wtedy może ze dwa biegi, po czym zmoknięci i zziębnięci wróciliśmy na przystanek czekać ponad godzinę na magiczny autobus linii 300, która jeździ tylko w dni gonitw. O ile nie stoi zablokowana przez tłumy parkujących w pobliżu Toru. Obiecaliśmy sobie wtedy, że jeszcze kiedyś tu wrócimy, ale może niekoniecznie na otwarcie i przy nieco lepszej pogodzie.

Trochę nam się zeszło, ale kilka lat później dotarliśmy znowu obejrzeć wyścigi. Pogoda jak to na koniec lipca: plus trzysta stopni, patelnia i zero przewiewu (wiadomo, nie dogodzisz).

Moja wyprawa rozpoczęła się od nieznalezienia działającego bankomatu w całym węźle przesiadkowym na Wilanowskiej, wobec czego pojechałam na Tor z magnacką fortuną w kwocie 6 złotych w kieszeni. Autobus nr 300 na Dworcu Południowym powitał nas tłumem stałych wyścigowych bywalców – z bujnym wąsem, kamizelką wędkarską, skarpetkami do sandałów i niedoborem mydła. W normalnej sytuacji, kiedy menel jedzie autobusem (a autobus jedzie menelem) wystarczy się przesiąść na drugi koniec. Tutaj- znikąd ratunku. Tym samym ogłaszam linię 300 najbardziej śmierdzącym autobusem w mieście.

Wreszcie magiczny (tj. nieco halucynogenny) autobus elegancko i bez korków zajechał pod same kasy biletowe, więc już wewnątrz obiektu łapaliśmy się z resztą ekipy.

Wszyscy mieli zdążyć na początek o 14:00, nie każdy jednak dotarł, więc w oczekiwaniu na resztę obstawiliśmy konie między sobą posiłkując się obrazkami w programie. Chyba nikt nie wygrał.

Przed następną gonitwą dotarła  Marta – nasz spec i oświeciła nas, że konie biegnące w kolejnym biegu można sobie osobiście obejrzeć chodzące w kółko po niewielkim torze. Poszliśmy więc obejrzeć te z drugiej gonitwy.

Upatrzyłam sobie swojego faworyta. Oczywiście (z moją szeroką wiedzą na temat koni i wyścigów) przy wyborze opierałam się przede wszystkim na tym, żeby wyróżniał się maścią, żebym go widziała z daleka…

Byliśmy już w piątkę, dokładnie tyle koni biegło o 14:30, więc każde z nas postawiło na inny numer, żeby ktokolwiek z nas wygrał.

Jakże miło oglądało się wyścig przy samej barierce bez tłumów i cudzych łokci w różnych miejscach. Oglądałoby się jeszcze milej, gdyby to szare bydlę się trochę szybciej ruszało…

Wygrał nasz spec w pojedynczym zakładzie. Koń Kasi przybiegł jako drugi. Ponieważ na metę wpadły równocześnie, długo trzymali nas w napięciu, bo nie wiadomo było, kto dobiegł jako pierwszy. Ach, te emocje:)

W następnej gonitwie trochę się odważyliśmy zakombinować i oprócz zwycięstwa jednego konia każdy obstawił także porządek. Końcówka gonitwy:

I oto moja zwycięska dwójka:

W tym samym biegu Marta dobrze wytypowała pojedynczego konia, mieliśmy więc dwie wygrane w jednej gonitwie.

Upał stał się nie do zniesienia, więc na ciąg dalszy przenieśliśmy się pod zadaszenie betonowej trybuny. Całkiem ładna po remoncie, tylko wszyscy chodzą po ławeczkach butami, więc trzeba być ostrożnym, zanim się usiądzie…

Do barierek daleko, ale widok z trybuny jest całkiem przyzwoity. Na biegi:

jak i na koniki przygotowujące się do startu na tle żółtej łączki:

Bardzo dobrze się stamtąd oglądało także pościg za koniem, który po zrzuceniu swojego dżokeja wybrał się na przebieżkę, najpierw pod ogrodzeniem (tu chyba lepiej, że był bez dżokeja),

a potem po torze. Pościg z rozciąganiem białej taśmy potrwał kilka minut, po czym nastąpił nieco opóźniony start piątej gonitwy. (W czwartej znów wygrał nasz spec, tym razem obstawiając porządek).

W piątym biegu ja już odpuściłam zakłady, nikt z naszej ekipy nie wygrał, a pogoda już tak nas zmęczyła, że postanowiliśmy zmienić lokal.

Na przystanku musielibyśmy czekać około kwadransa na autobus powrotny, uznaliśmy więc, że o wiele sprytniej (tak zaczynają się najlepsze historie) będzie przejść między  stajniami do Bokserskiej i tam już mamy kilka autobusów do wyboru. Brawo my!

Zgubiliśmy się natychmiast po wejściu między stajnie, piaszczyste aleje doprowadziły nas do drugiego, treningowego toru, tam poszliśmy  betonową drogą przy starych magazynach zboża. Po 20 metrach droga się skończyła, więc przez chaszcze i pokrzywy przedzieraliśmy się wzdłuż toru, widząc w oddali przy Rzymowskiego szyld Maka oraz kościół przy Jadźwingów. Tak blisko, a tak daleko…

Na końcu toru doszliśmy do muru, więc nie pozostało nam nic innego, jak iść wzdłuż niego. I znów, już słychać szum uliczny na Kłobuckiej, już ponad murem widać kawałek Biednej Ronki przy pętli na Bokserskiej, a nam pozostaje tylko mieć nadzieję, że jest tu jakaś furtka i nie trzeba będzie zawracać całą drogę. Była. Zamknięta. Na szczęście zanim w rozpaczy pobiegliśmy dzwonić po mieszkaniach, żeby nas ktoś wypuścił, dopatrzyliśmy się brzęczyka otwierającego. I tym sposobem po przydługim spacerze objawił się nam przystanek na Bokserskiej, gdzie mogliśmy spokojnie oczekiwać na autobus… kwadrans. Tośmy zaoszczędzili czas, nie czekając na 300-kę pod głównym torem…

Bilans zysków i strat:

Bilet na tor: 5zł + zakłady: 5zł (zwykły), + 10 zł  + 10 zł (zwykłe plus porządki) = 30zł

Wygrana: 12,90zł

Bilans: -17,10zł.

Hazardzistka to ze mnie raczej nie będzie, nawet nie miałam szczęścia przysługującego początkującym. Ale jak to pisała Chmielewska – nie dotyczy ono urodzonych w kwietniu ;)