Spływ Żerań – Modlin 16-17.07.2016

dscn3885

Czyli: „Nic mnie to nie kosztuje, a więc 20 złotych”

16.07.2016 sobota

W słoneczną sobotę, o 9:30 zebrała się ekipa w bardzo malowniczym miejscu, między jezdnią Płochocińkiej, a mostem kolejowym przy Marywilskiej.

Pięciu kierowców pojechało samochodami do Modlina, cztery zostawili na tamtejszym parkingu i wrócili nieco po 11:00. My w międzyczasie odebraliśmy kajaki i kanu, zapakowaliśmy do nich cały szpej i rozdysponowaliśmy załogi.

Kiedy kierowcy wrócili, wypakowaliśmy szpej z powrotem – nabrzeże nijak nie nadawało się do zwodowania łódek w cywilizowany sposób, musieliśmy je opuszczać po stromym betonie.

I ruszyliśmy (w porę, bo zmęczeni już nieco hukiem ulicznym): dwa dwuosobowe kajaki, dwie czteroosobowe kanadyjki (sprzęt pożyczony od NaKajak) i jedna kanadyjka dwójka. Wkrótce po starcie nastąpiła pierwsza przesiadka, bo jeden z kajaków robił podwójną trasę po trzcinach.

Nasz dzielny najmłodszy uczestnik pływania:

Wrażenia z Kanału Żerańskiego – świetne! Woda może niezbyt przejrzysta, ale ogólnie rzecz ujmując: cisza, spokój, nikt tam nie pływa, poza bardzo sporadycznymi jednostkami, trochę wędkarzy na brzegach, ale traktowali nas raczej jako atrakcję- odpowiadali na przywitania, machali i pytali dokąd płyniemy.

Oczywiście nie mogło zabraknąć buractwa w wypaśnej motorówce, ale to pojedynczy przypadek. Pełno soczystej zieleni, kaczuszki, kwiatuszki i w ogóle och i ach. Naprawdę ładnie, cicho i spokojnie.

Z dostępem do brzegu jest średnio, ale i miejscówka na postój się znalazła, nawet z kawałkiem pomostu – mniej więcej na wysokości Rembelszczyzny.

Szybki popas i test nowych dań Vifonu – lunch box z mięsem . Pamiętajcie, tajemnica tkwi w tym, aby sprawdzić, czy na opakowaniu widnieje słowo „pikantne”.

Najedzeni ruszyliśmy w dalszą drogę. Pozostało nam około 1/3 trasy.

Już widać Nieporęt:

Po siedemnastu kilometrach kanału otworzył się przed nami Zalew Zegrzyński.

Na samym jeziorze trochę wiało, trochę ludzi się kręciło na różnych pływadłach, ale przynajmniej nie zaczepiał nas nikt z ryczących skuterów i motorówek, co w takich miejscach wydaje się być atrakcją.

Most między Zegrzami (właściwym i Południowym):

Pod sam koniec sobotniego odcinka zaczęło powoli popadywać. Dobiliśmy do Przystani Pod Starym Mostem, gdzie byliśmy wcześniej umówieni telefonicznie na nocleg.

Ponieważ wymaga to pewnego utrwalenia – podrozdział:

Przystań Pod Starym Mostem

Pierwsze kroki skierowaliśmy do baru z tubylczym dicho z głośników, gdzie miła (naprawdę) pani powiedziała, że jeśli chodzi o namioty, to możemy się rozbić gdzie nam się podoba, wszędzie jest miejsce, pełna dowolność. Pokazała miejsce na ognisko z ułożoną już stertą drewna oraz, powiedzmy, toaletę.

Wyciągnęliśmy łódki z całym mandżurem wewnątrz na brzeg,

znaleźliśmy spory kawałek pola, żeby pomieścić nasze sześć namiotów i zaczęliśmy rozstawianie, tym bardziej, że nie przestawało padać i chcieliśmy się jak najszybciej uwinąć. W sam środek tego bałaganu wpadła jakaś rozdarta baba z serią różnych pretensji: co wy tu robicie, kto wam pozwolił się tu rozbijać, a kto to w ogóle wszystko organizuje? Jak już przestała trzeszczeć i dała sobie powiedzieć, że meldowaliśmy się przez telefon właścicielowi, a miejsce do rozbicia wskazano nam w barze, baba zawinęła się i poszła. Podobno nawet gdzieś mignęło jakieś „przepraszam”, ale chyba nie dosłyszałam.

Uznaliśmy, że może to średni początek, ale staramy się zrozumieć, w końcu każdy lubi wiedzieć, kto mu się plącze po podwórku. Można oczywiście nie wyjeżdżać na starcie z paszczą, ale wszyscy wiemy, jak jest.

Rozbiliśmy się, podjedliśmy trochę, to i humory się poprawiły, w dodatku przestało padać.

Za chwilę słychać kolejną dyskusję, tym razem z panem. Trzeba natychmiast iść zapłacić (ok, zrozumiałe) i zgłosić ognisko (que?). Rozumiem, że może trzeba coś zgłaszać jak się chce kupić drewno, a my mieliśmy swoje własne, albo może jak nie ma wyznaczonego miejsca, chociaż nigdy nam się dotychczas nie zdarzyło. No nic, idziemy zapłacić i dowiedzieć się o co chodzi. Na początek panią przerosło policzenie do dwunastu. No nic, poczekamy, mamy dużo czasu. Jak już doliczyliśmy się, ile nas jest i ile płacimy za pobyt pozostała ostatnia kwestia. Pan: no tak, jest miejsce na ognisko, płatne. Aha, ale wy macie swoje drewno, widziałem, nie spalicie naszego. W takim razie to nie ma problemu, nic mnie to nie kosztuje, także 20 złotych… W tym momencie zaczęło nam już trochę być wszystko jedno, więc zapłaciliśmy i poszliśmy na poszukiwania sklepu. Dwa są całkiem niedaleko, nieźle zaopatrzone.

Wieczór ratował trochę świetny zachód słońca:

Wreszcie rozpaliliśmy ognisko, atmosfera się poprawiła, przyszło jedzonko, piwko i gitara. Wszyscy wyluzowali i cieszyli się wieczorem:

Na wyciągnięcie gitary dołączyła do nas dwójka turystów, poza nimi była tylko nasza ekipa na polu namiotowym. Zaczęło padać, więc rozstawiliśmy jeden z wielkich parasoli piwnych i kontynuowaliśmy działalność rozrywkową jakoś do pierwszej w nocy.

17.07.2016 niedziela

Rano nastąpiła bardzo powolna pobudka i niespieszne śniadanie z kawą, herbatą i konserwami:

Po śniadaniu i zmywaniu w barowej toalecie następuje  ulubiony moment wszystkich turystów: pakowanie. Żeby nie było-  zwłoki w czarnym worku to nie właściciele pola, tylko gitara.

Ponieważ rodzice uczyli, że uczciwym trza być, należy przyznać jeden duży plus naszej miejscówce: prysznice są w naprawdę dobrym stanie i  – uwaga- bezpłatne dla obozujących na polu namiotowym. Można więc powiedzieć, że zwróciła nam się dziwna opłata za ognisko z własnym opałem.

Punkt na korzyść przystani natychmiast zaprzepaściła właścicielka, której dzieci biegały po jednym z suszących się namiotów, a podły i bezduszny Marcin śmiał biednym robaczkom zwrócić uwagę. Stał potem z wybałuszonymi oczyma i słuchał tyrady, dowiadując się sporo nowego o sobie i swojej przyszłości.

Bez żalu opuściliśmy Przystań pod Starym Mostem, obmacując jeszcze tylko z bliska zakotwiczony w porcie zabytkowy stateczek:

I popłynęliśmy szeroką Narwią na północny zachód.

Piotruś padł, zmęczony bieganiem o piątej rano po polu namiotowym:

Aż dotarliśmy do elektrowni wodnej Dębe.

Nie, śluzy nie ma. Miejsca do przenoski też.

Nastąpiło wyciąganie kanu i kajaków na brzeg i wypakowywanie zawartości, aby dało się je ruszyć z miejsca.

Potem przenoszenie wszystkiego przez teren elektrowni na chodnik przed jezdnią

I na drugą stronę drogi:

Żeby ułatwić ludziom życie, po drugiej stronie nie ma zejścia.

Więc cały mandżur trzeba przerzucić górą

Potem już tylko pozostało wyłowić łódki i bagaże z krzaków

I pokonać następne pięćset metrów przenoski, bo za elektrownią znajduje się jeszcze niespływalny próg.

Rzeczy udało nam się przetargać na kilka rzutów, ale łódkami chłopaki spłynęli kawałek, bo chyba nie dalibyśmy rady. Niestety na tym etapie mój aparat odmówił dalszej współpracy.

Kawałek za progiem zrobiliśmy szybki popas, a czas zaczął nam się intensywnie kurczyć. Dwie ekipy miały powrót ze spływu na zakładkę (teraz już wiemy, żeby tego nie robić). Załadowaliśmy wszystko ponownie do łódek i przecudnym, zielonym fragmentem Narwi ruszyliśmy dalej. Jakoś nie mogliśmy się doliczyć, ile drogi jeszcze nam zostało, bo kogo byśmy po drodze nie zapytali, mówił, że jeszcze jakieś 7 kilometrów. Po godzinie i półtorej usłyszeliśmy to samo…

Żeby ułatwić powrót ludziom, którzy musieli jak najszybciej wracać, nastąpiła kolejna przesiadka załóg. Paweł, który zgarniał pielgrzymów ze Światowych Dni Młodzieży i Asia z Krzysiem, którzy jeszcze musieli odebrać dzieci spod Wyszkowa przesiedli się do kajaków, bo szybciej. Tym drugim niewiele to dało, bo zostawili w naszych bagażach kluczyki do samochodu :D

Końcówka dłużyła się niemiłosiernie, chociaż trzeba przyznać, że okoliczności przyrody były powalające. Do tego wypogodziło się i wieczór naprawdę zrobił się piękny. Kazikowe piosenki z umierającą dżdżownicą w refrenie nieco poprawiły nastroje i wreszcie za zakrętem ukazał się most w Modlinie i plaża z wypożyczalnią kajaków Dylewski, w której mogliśmy zostawić cały wypożyczony od NaKajak sprzęt.

Pozostało nam szybkie przepakowanie do samochodów, powrót na Żerań po pozostawioną jedną furę z tylko jednym zgubieniem się po drodze i padnięci, późnym (bardzo późnym) wieczorem dotarliśmy do domów.

Pomimo niejakich problemów logistycznych spływ należy zaliczyć do udanych.Wnioski wyciągnięte z intensywnego weekendu:

  1. najważniejsze: okazało się, że mały Piotruś całkiem dzielnie (dzielniej niż niektórzy dorośli) znosił kilkugodzinne siedzenie w kajaku i przedłużające się pływanie przy dość przeciętnej pogodzie.
  2. Dowiedzieliśmy się już też, że koniecznie trzeba wrócić na Narew, bo jest po prostu cudna. Myślę, że dużo jeszcze nas na niej czeka.
  3. Za równie cenną informację uważam tę, aby nigdy więcej nie wracać do noclegu z soboty. Generalnie całe Zegrze warto było zobaczyć raz i wystarczy.

Załogi w najdłużej trwającym składzie:

  1. Kajak: Asia & Krzysiek
  2. Kajak: Monika, Maciek & Dzielny Piotruś
  3. 2-ka canoe: Różowa Dziewczynka & Glynu
  4. 4-ka canoe: Gosia, Krzyś, Arek, Krzyś
  5. 4-ka canoe: Olga, Paweł, Kazik

2 myśli na temat “Spływ Żerań – Modlin 16-17.07.2016”

Możliwość komentowania jest wyłączona.