XVII Zlot Kanu Mikaszewo

Kanał Augustowski (biał. Аўгустоўскі канал) – droga wodna łącząca drogą okrężną dopływy Wisły z Bałtykiem poprzez dopływy Niemna, z pominięciem dolnego biegu Wisły. (za: Wikipedia)

DSCN4604

13.08.2016 sobota

Pierwotny plan zakładał wyruszenie z Warszawy około 7.00 rano, aby po czterech godzinach jazdy około 11.00 rozpocząć dzień już na miejscu. Tak niedorzeczny pomysł musiał oczywiście upaść i koniec końców po  pozbieraniu się z załogą na parkingu Torwaru o godzinie 9.00 granatowa dziurawa strzała ruszyła przez Wisłę, a potem dalej na północ.

Czterogodzinna trasa wydłużyła nam się o 50%. A bo to tankowanie, a bo to zapiekanka, a bo to gjepees nas przeciągnął środkiem Biebrzańskiego Parku Narodowego, no to jak tu nie wysiąść i nie popatrzeć…

A na koniec Biedna Ronka w Augustowie swoją porcję czasu zjadła. Ależ to jest piękne nie musieć się nigdzie spieszyć…

Po sześciu godzinach byłyśmy już na miejscu: na polu namiotowym „u Haliny” dzielonym z biurem wypożyczalni Akajak (bardzo sprawna organizacyjnie, polecam). Nikogo oprócz nas jeszcze nie było, poszłyśmy więc rozbić namioty – zgodnie z instrukcją z biura: „gdziekolwiek”. Oczywiście nie obyło się bez przenoszenia na wpół rozłożonego namiotu  i gratów, bo „gdziekolwiek” znaczy „wszędzie tylko nie tutaj, bo tu płasko, więc tylko dla camperów”. Wiadomo, płaskie jest w cenie.

Wkrótce zjawiła się ekipa Tadek, Agnieszka, Magda & Majka, którzy jak się okazało, stacjonowali na polu już od poprzedniego wieczoru.

Lokalizacja pola ma swoje plusy i minusy. Jest właściwie nad samym jeziorem (plus) na wzniesieniu (minus, bo płaskie tylko dla camperów). Nad polem góruje sylwetka Klasztoru Pokamedulskiego (plus za widok),

z którego codziennie o szóstej rano zaczynają walić dzwony, a o siódmej startują trąbki z repertuarem „Kiedy ranne wstają zorze” (minus;  chociaż ci, których i tak dzieci budzą o nieludzkich godzinach twierdzą, że ma to swój urok). Poza tym- klasycznie: są toalety, dość czyste, prysznice na żetony (6 złotych za 8 minut, zazwyczaj tyle wystarcza). Jest umywalnia z dwoma zlewami. Niestety poza opłaconym prysznicem nie uświadczysz ciepłej wody. Za to podobno gdzieś są gniazdka, co by naładować całą stertę ciągniętej ze sobą elektroniki. W łazience za to nie ma żadnego, więc włosy suszymy w pomieszczeniu z prysznicem, blokując kolejkę pozostałym. Ale ogólnie rzecz biorąc, jest całkiem przyzwoicie.

Pole namiotowe ma również swoją restaurację. Nie dotarłyśmy tam ze względu na ceny, sporo taniej jest w pobliskim barze ze smażonymi rybkami o oryginalnej nazwie „Fish bar” (może niecałe 150 metrów od pola). Tam z kolei trzeba się spieszyć- około 16.00 kończą się regionalne dania takie jak kartacze, około 18.00 nie ma już nic. Ale mają rewelacyjną surówkę z białej kapusty.

Po posileniu się całkiem smaczną smażoną rybką z frytkami i wspomnianą surówką pozostało nam już tylko czekać na resztę, która sukcesywnie zjeżdżała na miejsce aż do nocy.

14.08.2016 niedziela

Jako, że Główny Ogarniator całego przedsięwzięcia Radosław to oryginalny suwałczanin, zabrał nas na całą niedzielę na wycieczkę, aby zaprezentować swoje rodzinne strony. Kawalkada 12 samochodów ruszyła z pola gdzieś po dziesiątej rano. Trochę się to wszystko rozsypało na skrzyżowaniach i światłach w Suwałkach, ale koniec końców wszyscy dotarli i całkowicie zapchali parking przed przysiółkiem Turtul.

Tam wdrapaliśmy się na punkt widokowy,

(chwila przerwy na dokumentację i złapanie oddechu po ciężkiej wspinaczce)

a na dole przy ruinach młyna – interaktywny park, tuż przy siedzibie Dyrekcji Suwalskiego Parku Krajobrazowego.

Z Turtula przejechaliśmy do małej, ale znanej (w dzisiejszych czasach szczególnie wielbicielom skoków na bungee) wsi Stańczyki. Tam z daleka i bliska oglądaliśmy wzorowane na rzymskich akweduktach dawne mosty kolejowe linii Gołdap – Żytkiejmy.

Podobno skoków na bungee już tutaj nie ma (w każdym razie tych oficjalnych) ze względów bezpieczeństwa. Ale wciąż na mosty można wejść i podziwiać widoki z góry.

Obszerną wiedzą historyczną na temat Stańczyków z każdym zainteresowanym hojnie dzielił się Łukasz, dzięki!

Można też zejść na dół i podziwiać wiadukty od spodu.

Mniej więcej około 15.00 przyjechaliśmy nad jezioro Hańcza. Pamiętacie pewnie ze szkoły- to to najgłębsze w Polsce. Pogoda dopisała o wiele lepiej, niż się spodziewaliśmy.

co pozwoliło najbardziej zatwardziałym wejść do wody:

Znad jeziora, już nieco głodni, podjechaliśmy do Smolnik na kolejny punkt widokowy: „U Pana Tadeusza”. Skąd nazwa? Tam właśnie kręcili ostatnią scenę tego trzymającego w napięciu dzieła.

Dla lepszego widoku można skorzystać z wygodnej platformy- pozytywnego przykładu przedsiębiorczości: teren należy do prywatnych właścicieli, którzy mieli fajny pomysł i potrafili go wykorzystać. Za własne pieniądze zbudowali dobre miejsce do podziwiania panoramy i pobierają za to oszałamiającą kwotę dwóch złotych od turysty. Można? Można.

Ponieważ niepostrzeżenie nadeszła godzina 16.00 i widmo śmierci głodowej coraz głębiej zaglądało nam w oczy, odpuściliśmy ostatni punkt programu- Cisową Górę, którą zresztą widać na zdjęciu z „Pana Tadeusza”. To ten pipek trochę na lewo od środka. Tam pojechali już tylko twardziele (albo mieli skitrane kanapki i się nie podzielili). Pozostałe mięczaki udały się do Jeleniewa, do restauracji Pod Jelonkiem, gdzie zamawiając  „półmisek regionalny” można było spróbować po trochu wszystkich rewelacji kulinarnych regionu: kartaczy gotowanych i zasmażanych, babki ziemniaczanej z mięskiem w środku i bez oraz kiszki ziemniaczanej.

W drodze powrotnej: Biedna Ronka w Suwałkach i pies satelitarny w jednym z bloków:

A wieczorem ognicho z kiełbaskami, pieczonymi ziemniakami i masełkiem czosnkowym w towarzystwie trzyosobowej niemieckiej ekipy motocyklowo-autostopowej.

15.08.2016 poniedziałek

Z okazji święta Matki Boskiej Którejśtam msze i śpiewy w klasztorze trwały od wczesnego rana. Zwolennicy luźnego odpoczynku zostali w Wigrach, natomiast chętni popłynęli(śmy) z Radkiem na jezioro Pierty.

Wejście do kanałku prowadzącego na jeziorko Omułówek:

Mała przenoska:

(Pamiętajcie dzieci, żeby nie wyłazić w takich miejscach do wody bez butów).

Za Omułówkiem ciąg dalszy wąskiego kanałku- trzeba się było nieźle narzeźbić wiosłując, żeby jako-tako mieścić się w korycie, a i tak wszystkie pajęczyny i zdechłe robale w szuwarach były nasze. Nawet żabę można zgarnąć w trzcinach do łódki.

Piękne krajoznawczo i dobry trening na sterowanie :)

Na jeziorze Pierty krótki odpoczynek na słoneczku

I powrót na obiad:

Po powrocie można jeszcze było przejść się po odpustowych straganach w miasteczku, chociaż sprzedawcy powoli już się zwijali. Na straganach, jak to na odpuście: trochę wyrobów regionalnych, garnki, miody, wędliny, nalewki, pigwolada (że niby taka lemioniada z pigwy) a reszta klasycznie: chińskie plastikowe badziewie.

16.08.2016 wtorek

No i wreszcie skończyło się leniuchowanie w Wigrach. Trzeba było ogarnąć cały swój mandżur, podzielić: co płynie, co zostaje w samochodzie i upchnąć wszystkie niezbędności do łódek.

Nie wszyscy ulegli gorączce pakowania:

Upału rano nie było, ale zapowiadała się całkiem przyzwoita pogoda

Dopinanie ostatnich urządzeń nawigacyjnych

I wreszcie wszyscy wygrzebali się z tobołów i zeszli na wodę. Tylko kawałek płynęliśmy Wigrami, bo już za chwilę skręciliśmy w kanałek prowadzący do Czarnej Hańczy. Jeszcze tylko rura z mułem po kolana:

I już byliśmy na właściwej trasie. Po drodze- niespiesznie, co jakiś czas popas

„To naprawdę ładny głaz.”

Pogoda podjęła wreszcie decyzję, co ma robić, w końcu kanuiści płyną… Wolszczaki o godzinie 12:23

i o godzinie 12:29

Ale trzeba przyznać, że mimo ulewy, humory dopisywały. My, szpiedzy z krainy deszczowców:

Pół godziny później zatrzymaliśmy się na moment u panów Strumiłłów, ale zastaliśmy tylko koniki. Było już po ulewie

Wiadomo, godzina 13:00 to pora karmienia, tak więc w Maćkowej Rudzie zaliczyliśmy większy popas, ze sklepem, barem i w ogóle luksusy. I z kaczkami.

Ponieważ znów zaczęło padać, polecieliśmy dalej.

Aż do Budy Ruskiej na nocleg. Ten mały budyneczek po lewej to dla zziębniętych i zmoczonych włóczywioseł marzenie dnia – bania. Cała w drewnie (podłoga również), z dużym ciepłym przedsionkiem, w którym można było dosuszyć sobie mokre ciuchy, mnóstwem miejsca wewnątrz i zapasem wody do polewania. Ściepa po dychu od łebka i sauna była nasza na całą noc.

Pogoda nadal nie rozpieszczała, więc wieczór w zasadzie minął na zajęciach w podgrupach, czy to w namiotach, czy w domkach. Pogaduchy, podjadanie, podpijanie i takie tam, wciąż jednym okiem łypiąc, czy już jest 20:30 i można iść do bani :)

17.08.2016 środa

Rano grupa nieco się rozeszła w szwach- część kanu popłynęła już po dziewiątej, żeby uniknąć popołudniowej ulewy. Reszta, w tym my, ruszyliśmy niespiesznie, około wpół do jedenastej. Przed nami odcinek niedługi, więc nie ma powodu do pośpiechu. A deszcz i tak nas złapie.

W Niewiadomo-Gdzie zrobiliśmy mały postój na szybką kawę- z pianką, bo kto bogatemu zabroni? (Przepraszam- kto biednemu zabroni bogato żyć…)

Po kawie przeczekaliśmy największy deszcz w krzakach

I wreszcie: „kawałek za mostem” jak to określił Radek (zapamiętam Ci to) – dawna stanica PTTK we Frąckach. Śmieszne stare (ale suche) domki tego dnia znalazły więcej zwolenników niż poprzedniego dnia (w tym także tych, którzy jeszcze wczoraj z namiotów pogardliwie wyśmiewali „błękitną krew” domkowiczów)

Widok z „werandy”:

Malutkie dwu- lub trzyosobowe komórki okazały się bardzo pakowne, kiedy do jednej zlazło się 20 osób na gorącą herbatkę z prądem. Wieczorem dotarły ekipy spod Warszawy, Krakowa oraz pojedynczy reprezentant Maćkowej Rudy z historią o łódce robionej z pończoch…

Kiedy już przestaliśmy się mieścić w domku, a poza tym głupio tak się alienować od reszty, podreptaliśmy do tamtejszej knajpy na frytki i mirabelkową Fortunę. Przy okazji załapaliśmy się na tort urodzinowo-imieninowy Jacka, jedzony (bardzo praktycznie) na wafelkach. Dobry patent na zmywanie.

Impreza przeciągnęła się do późnych godzin, zdjęć nie ma, bo jakieś takie niewyraźne wyszły…

18.08.2016 czwartek

Kawa z cudownej zaparzarki Różowych i prysznic na żetony (całkiem czysty, trzeba było tylko ogarnąć dziwny system regulacji temperatury) pozwoliły się nieco dobudzić po wczorajszym spożywaniu. Niespieszne śniadanie (w końcu znowu pada, nie ma co pędzić), pakowanie jeszcze lekko wilgotnych ciuchów i ręczników (mmm, ten zniewalający zapach stęchlizny…) i można płynąć dalej.

Po drodze nie obyło się bez jagodzianek kupionych od babci staruszki z pomostu, więc chciał- nie chciał trzeba było zrobić przerwę. Na jagodzianki, ale także herbatę z termosu, grzyby zbierane w drodze na siku i nawet nieco słoneczka…

Przed samym finiszem zgłodnieliśmy na tyle, żeby wciągnąć kilka kanapek na wodzie. Nie polecam, jeśli w pobliżu są osy/pszczoły…

I wreszcie Dworczysko. Mam do tego miejsca szczególny sentyment, jako, że tu właśnie nocował X Zlot Kanuistów, pierwsze moje pływanie tym cudem (dzięki, Kasia!). Wieloryby wylądowały:

a my obwiesiliśmy co tylko się dało ciuchami do suszenia (nawet przestało padać).

Obiadek i mała sjesta

Wieczorem na niebie zaczęły się zbierać niesamowite kłęby chmur, wszyscy wylegli z namiotów podziwiać nadejście armagedonu

Atrakcja wszech czasów nas jednak ominęła, końca świata nie było, chmura przewaliła się bez kropli deszczu na drugą stronę

Wieczorem zasiedliśmy do ogniska, znów niecierpliwie czekając na swoją kolej do sauny. Niestety bania okazała się do bani. Podłoga zamiast drewnianymi ciepłymi i suchymi panelami była wyłożona śliskimi, zimnymi kafelkami, na których zbierało się gęste bagno z wnoszonego piachu. Średnia przyjemność dla bosych, zmarzniętych stóp. Wewnątrz miejsca niewiele, większa ekipa musi wchodzić na zmiany i nie ma wody do dolewania. Plus- są prysznice z zimną wodą. Stoi się w nich niestety we wspomnianym bagienku. Można by z nich nie korzystać, ale do rzeki daleko. A może w ogóle narzekam, bo po Budzie Ruskiej mam wygórowane wymagania…

19.08.2016 piątek

Piątunio, czyli oficjalnie pierwszy dzień Zlotu powitał nas pięknym słoneczkiem, już ciepłym, ale jeszcze bez upału. Niezniszczalne dzieci natychmiast wykorzystały okazję do kąpieli w wodzie, od której bolą kości.

Śmieszne, jak człowiek sobie uświadomi, że kiedyś też tak potrafił… Kiedy to było… przed wojną chyba jakoś…

Na deser po śniadaniu wciągnęliśmy zamówione u sołtysowej jagodzianki, smażone podobnie jak pączki. Niebo w gębie!

Przystanek: Jałowy Róg

Postój „Pod dębami”, czyli ostatnie chwile na Czarnej Hańczy

Zaraz przy moście w miejscowości Rygol odbiliśmy lekko w prawo, w odnogę rzeki, a potem jeszcze raz w prawo już w Kanał Augustowski do pierwszej śluzy

Bleee…

Potem jeszcze jedna śluza

Skarbnik płaci (4,08 zł od łódki)

Jeszcze kawałek kanałem, przez malutkie jeziorko i ostatni fragment przed docelowym jeziorem Mikaszewo. A tam, już prawie na końcu wąskiego kanałku- pole namiotowe nad które dawno, dawno (tak dawno, że i najstarsi górale nie pamiętają) przyjeżdżaliśmy z rodzicami na wakacje. Tak ze 30 lat będzie…

Tam hodowałam milusiego turkucia podjadka, którego specjalnie trzymałam na piaszczystej skarpie, żeby mi nie uciekł i tam nakryłam się talerzem z gorącymi ziemniakami, kiedy złożyło się siedzonko… Tam tatusiowie tak rozpalali ognisko z kanistra, że wysadzili przy okazji moją plastikową nakręcaną myszkę, dopiero co wyżebraną od rodziców w sklepie w Augustowie…

Untitled_20160830_163119

Untitled_20160830_163054

Aż się łezka w oku kręci, to były czasy!

Przy ujściu kanału do jeziora wszyscy poczekali na wszystkich, zbiliśmy się w jedną wielką tratwę i tak doczłapaliśmy do campingu w Jazach.

Już na jeziorze:

Jako, że nie da się być w dwóch miejscach jednocześnie, za uprzejmym pozwoleniem Marshalla:

i lądowanie na bardzo przyjemnej, oczyszczonej plaży pola namiotowego Jazy 4:

Samo pole bardzo w porządku,  zadaszone wiatki, elegancki pomost i miejsce na ognisko. Dużo miejsca na namioty, czysto, a na wzgórzu (no, niestety trzeba się wdrapać) budynek z toaletami, umywalkami (niestety tylko zimna woda) i dużymi kontenerami na śmieci. Całkiem spory parking i tylko pryszniców brak, ale przy takiej pogodzie nam to nie przeszkadzało.

W jednej z wiatek dwa grille, na karkóweczkę

i sos grzybowy

Swoją drogą, grzybów było wszędzie do zarąbania, wystarczyło wejść kawałek w którąkolwiek stronę w las.

No i wieczorem ognisko, już ze wszystkimi, co to się odłączali/ przyłączali po drodze i tymi, którzy dopiero dotarli…

20.08.2016 sobota

A rano – zlotowe pływanie! Co tu pisać, piękna pogoda, kupa ludzi plus cztery pieseły – cudnie!

i dwie śluzy, Perkuć i Paniewo.

moja paszcza aparatem Różowej:

28 kanu w jednej śluzie – to wygląda dumnie!

A ta ciągle z aparatem, no nie mogę, jak to tak można…

Druga z sobotnich śluz- Paniewo. Jedyna dwukomorowa śluza w Polsce. Różnica poziomów wynosi ponad sześć metrów.

Po wyrównaniu poziomów w pierwszej komorze, wpływa się bezpośrednio do drugiej

Po wyjściu ze śluzy, tuż przed jeziorem Paniewo dopłynęliśmy do karczmy Starożyn. Bardzo przyjemne miejsce, przygotowane na bardzo licznych gości. Dobre jedzenie, choć nieco trąci malizną.

W drodze powrotnej część zdecydowała się na przenoskę zamiast śluzowania

Wieczorem jeszcze warsztaty dla chętnych – wiosłowanie, wchodzenie z wody do łódki, podnoszenie z wody jednego kanu za pomocą drugiego. Różowa złapała, jak pobieram u Canisa nauki różnych technik pociągnięcia. Nie zdzielił mnie pagajem, to może nie było tak źle…

Wieczorem znowu ognisko, pogaduchy, nalewki, śpiewy i kiełbadrony. Ostatni wieczór po upojnym tygodniu…

21.08.2016 niedziela

No i skończyło się rumakowanie- smuteczek, pożegnania i rozjazdy. Chętni zostali jeszcze chwilę na krótkie pływanie. My spakowaliśmy się, pożegnaliśmy z kim się dało i pojechaliśmy w stronę zupełnie przeciwną niż trzeba. Po nawrotce i obraniu prawidłowego kierunku, korku na S8 i rozwiezieniu ekipy do domów, po 300 kilometrach o 18:30 zlądowałam w wannie na program wstępnego namaczania do mocnych zabrudzeń.

No i tak to było, znowu trzeba czekać rok do następnego Zlotu. Na razie może nie będę szła z podaniem o urlop, bo Szefowa znów powie, że się wygłupiam. Na pewno jeszcze popływamy do tego czasu, ale cóż, Zlot jest jeden…

Z ogłoszeń parafialnych:

Pierwsze i zdecydowanie najważniejsze: ogromne podziękowania i uściski dla Głównego Ogarniatora – Radka, który przez cały tydzień spływu planował, kombinował i dopasowywał, tak, żeby wszyscy byli zadowoleni. A pogoda zadania nie ułatwiała. My pewnie też niespecjalnie… Dzielnie we wszystkich naszych manewrach z wożeniem łódek i samochodów oraz noclegami uczestniczył na bieżąco Maciek z aKajaka, duży ukłon w Twoją stronę! Za organizację Zlotu właściwego, nauki i instrukcje- pięknie dziękuję Canisowi oraz Andrzejowi.

A wszystkim bez wyjątku włóczywiosłom za wspaniałe towarzystwo, naładowanie akumulatorów i ogromną dawkę pozytywnego wariactwa.

Więcej zdjęć w galerii. Przepraszam, że tyle, ale chciałam, żeby każdy mógł gdzieś tam siebie złapać. Gdyby ktoś chciał coś więcej, to mam jeszcze dużo :) Jak zawsze- jeśli ktoś sobie nie życzy widnieć w relacji albo galerii, piszcie.

I jeszcze Zlot piórem i obiektywem Marshalla na Forum Wodnym.