XVIII Zlot Kanu Bug/Narew

W weekend 18-20 sierpnia 2017 nad Narwią odbył się coroczny, XVIII już, Zlot kanuistów, z tygodniowym przedzlotem po Bugu.

23-13.08.2017 Hruszew

Na pole namiotowe Maxturist w Hruszewie dotarliśmy w sobotę wczesnym popołudniem po zaliczeniu korka, zakupów i tylko jednej nawrotki. Reszta ekipy, stacjonująca już od piątku pojechała na zwiedzanie, a nas pani właścicielka uraczyła radosną wieścią, że nawałnice dotarły właśnie do Warszawy, więc w Hruszewie będą za dwie godziny. Wobec powyższego nastąpiło ekspresowe rozbijanie namiotu i nerwowe bieganie z jakąś porażającą ilością tobołów, po czym wreszcie można było zasiąść na świeżo zakupionym krzesełku by Decathlon (a co… stara już jestem, wolno mi) i spokojnie prażyć się w narastającym upale.

Nadciągające burze zaliczyły najwyraźniej jakiś bar po drodze (albo dwa…  ewentualnie siedem), bo doleciały do nas dopiero w nocy. Dzięki temu po powrocie ekipy zwiedzającej zdążyliśmy jeszcze posiedzieć przy ognisku, spożyć napoje orzeźwiające i wciągnąć obowiązkową kiełbaskę na otwarcie urlopu.

Na całym polu namiotowym zasięg komórek był wyłącznie przy starej budce telefonicznej.

Niedzielę rozpoczęliśmy jajecznicą z prawdziwymi, świeżo zebranymi przez gospodarza boczniakami. Wiadomo, w pewnym wieku żołądek już nie ten, ale i tak było warto!

Po śniadaniu ruszyliśmy z Jerzym i Pawełkiem na poszukiwanie sklepu, bankomatu i miejsca gdzieś blisko rzeki do zrzucenia łódek przed poniedziałkowym startem. Zaczęliśmy od końca i porzuciliśmy jurkowe kanu u jakichś ludków na posesji, którzy byli na tyle mili by nie mieć nic przeciwko temu i nie poszczuć nas psem.

Aby zrealizować dwa pozostałe punkty programu należało się przedostać na drugi brzeg Bugu do Drohiczyna. Najszybsza droga wiedzie promem. Po załatwieniu wszystkich niezbędnych spraw wróciliśmy przez rzekę okrężną drogą (prom ma przerwę między 13:00, a 15:00).

We wsi Ruda nad rzeką Toczną spotkaliśmy się z pozostałymi na zwiedzanie drewnianego młyna z 1923r. Młynem opiekuje się pan Wiesław, który spędził w nim właściwie całe życie. Wcześniej zajmował się nim jego ojciec, z przerwą na spalenie budynku w 1944 przez cofające się wojska. Pan Wiesław zapytany, od kiedy właściwie pracuje w młynie odpowiedział „od wyzwolenia”. Dla nas to jest już pojęcie tak abstrakcyjne, że równie dobrze mógł powiedzieć „od Napoleona”, albo „od Powstania Chmielnickiego”…

Ponieważ tego ranka inteligencji starczyło mi najwyraźniej wyłącznie na to, by jednocześnie oddychać i mrugać oczami, nie zabrałam ze sobą aparatu – zdjęcia robione tosterem.

Wsuwane w skrzynię sita o różnych grubościach do przesiewania zmielonego zboża:

Turbina (wciąż działająca!)

Po powrocie na pole namiotowe zapakowaliśmy wszystkie pozostałe łódki i, zostawiwszy je razem z jurkową, pojechaliśmy odwieźć samochody do mety przedzlotu: Kamieńczyka przed Wyszkowem.

14.08.2017 poniedziałek  Drohiczyn – Middle of nowhere

W poniedziałek rano, po (a jak!) jajecznicy z boczniakami nastąpił armageddon pakowania. W stodole i przed stodołą zaczęły się piętrzyć jakieś porażające sterty gratów. Przemiły i pomocny pan właściciel musiał uruchomić trzy samochody, żeby nas z tym wszystkim zabrać nad Bug, w  tym kurierskiego dostawczaka… Córki właściciela, które prowadziły pozostałe dwa samochody zostały z nami z czystej ciekawości, jak też my się z tym wszystkim zabierzemy.

Pośród gratów – niezbędne wyposażenie każdego szanującego się kanuisty:

No i powoli, powoli… ruszylim.

Prom w Drohiczynie, wreszcie przy ładnej pogodzie:

Przerwa na siku/ kanapkę/ leżakowanie:

Pierwszego dnia zrobiliśmy około 18 kilometrów, co oznaczało, że w następnych dniach musimy nieco nadgonić (średni dystans dzienny to około 25 km). Późny start i poranne szarpanie się z gratami spowodowały, że nie było sensu tego dnia porywać się na więcej. I tak trochę czasu zajęło nam szukanie dobrego miejsca do lądowania, żeby dało się wyjść i rozbić namioty. W końcu znaleźliśmy genialną polankę, gdzieś pośrodku niczego. Wyjście na brzeg było może mało komfortowe, bo po skarpie, ale cóż to dla nas… Wysiłek wynagradzały widoki.

Wieczorem nieduże ognisko z napojami rozgrzewającymi. Za dnia jeszcze upał, ale noce już zimne. Cóż… jesień idzie, nie ma na to rady…

15.08.2017 wtorek  Middle of nowhere – Nur

Po porannym rytuale (saperka,  śniadanie, zęby, oczy) około wpół do jedenastej zeszliśmy na wodę i ruszyliśmy w dalszą drogę. Trzeba było nadrobić chociaż część zaległości z poniedziałku, żeby nie zostawiać sobie zbyt dużego dystansu na koniec trasy. Trzeba przyznać, że pogoda trafiła nam się obłędna!

Przerwa na sikundę

Mniej więcej na wysokości Głodów po lewej stronie znajduje się fajne miejsce na postój. Wyjście z wody może nie jest najwygodniejsze, ale można rozłożyć się z jedzeniem pod daszkiem, usiąść jak człowiek, jest też miejsce na ognisko i nawet worki na śmieci. Nie dowiedzieliśmy się, czy ktoś to wszystko zrobił dla siebie, czy może gmina dla turystów/ wędkarzy, ale wygląda na ogólnodostępne.

Po krótkim odpoczynku popłynęliśmy dalej, chcąc tego dnia zrobić przynajmniej 30 kilometrów, nadrabiając 5 z poprzedniego dnia.

Oczywiście planowany dystans nie przekładał się w żadnym wypadku na ciśnienie i nerwówkę, założeniem przedzlotu był relaks i brak ścisłego planu, którego musielibyśmy trzymać się za wszelką cenę.

Około wpół do siódmej zaczęliśmy się rozglądać za miejscem na nocleg. Zbliżaliśmy się do Nura, więc było ryzyko, że blisko zabudowań będzie problem z rozbiciem namiotów na dziko. Ale udało się- tuż przed mostem, na przeciwnym brzegu, niż większość zabudowań trafiła się skoszona łąka – idealna na obozowisko. Wytargaliśmy graty, rozbiliśmy namioty, odgrzaliśmy kolację i przebraliśmy się w ciepłe ciuchy- wraz zachodem słońca temperatura spadała z minuty na minutę.

Oczywiście wieczorem było ognisko, ze strasznymi opowieściami o zmorach i równie strasznym winem Lambrusco z Biedronki.

16.08.2017 środa Nur – Brok

Środowy poranek zaatakował nas brutalnie o 4.30 rano, kiedy to do naszego obozowiska zawitały kombajny koszące łąki. Pokręciły się nieco wzdłuż brzegu, dopóki Paweł nie wyleciał do nich z namiotu. Wtedy chyba przypomnieli sobie, że ta łąka była już koszona (naprawdę była) i pojechali w p…

Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać zapasy, czyli robimy pierwsze od startu zakupy. Wypłynięcie nieco nam się opóźniło, ale przynajmniej uzupełniliśmy braki – szczególnie w pieczywie, kiełbadronach i płynach różnej mocy. Ponieważ nasze prawo reguluje kwestię dostępu do brzegu od wody, ale już nic nie mówi o przejściu do wody między ogrodzeniami, trasa do sklepu wiodła od Bugu do drogi przez środek czyjejś posesji.

Po jedenastej byliśmy już na wodzie wstępnie zakładając dystans około 25-30 kilometrów wzorem dnia poprzedniego. Po raz pierwszy założenie było sztywne- dopływamy do Broku, bo tam mamy umówiony jedyny nocleg nie na dziko.

Most w Nurze:

Żar z nieba lał się niemiłosierny, więc niezbędne były co jakiś czas przystanki na zamoczenie nóg (i ciasteczko). W zawiesistej, zamulonej wodzie Bugu tylko dzieci i Jurek mieli odwagę się kąpać w całości. Pod względem chemicznym rzeka na pewno jest czyściejsza, niż za czasów, kiedy jako dzieciaki spędzaliśmy w niej każdy ciepły dzień wakacji a potem człowiek świecił na zielono w ciemności. Tyle, że kolor i konsystencja wciąż nie zachęca…

Na tym postoju zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie zostało nam przypadkiem trochę więcej do przepłynięcia, niż byśmy chcieli…

Upał mocno dał nam się we znaki, więc około czwartej zrobiliśmy dłuższą, godzinną przerwę na obiad w cieniu mostu Małkinia-Treblinka.

Zaczęliśmy liczyć trasę. Będąc o siedemnastej w Małkini mieliśmy za sobą 25 km i w zasadzie powinniśmy już kończyć.

Do mostu w Broku zostało 16 kilometrów.

Most. Ale nie ten, na który czekaliśmy. Kolejowy w Małkini Małej:

Reszta trasy upłynęła nam z niejakim niepokojem, czy zdążymy dopłynąć na miejsce przed zmrokiem. Co przypomniało mi zeszłoroczny spływ Żerań-Modlin, kiedy to od elektrowni w Dębem średnio co godzinę pytaliśmy ludzi po drodze o Modlin i słyszeliśmy za każdym razem, że już niedaleko, jakieś siedem kilometrów. Organizatorowi zgubiło się 17 kilometrów przy planowaniu…

Na szczęście tego dnia dotarcie na miejsce po zmroku było o tyle bezproblemowe, że metę stanowił duży ośrodek, w którym w razie czego można wynająć domki lub pokoje, bez rozbijania namiotów po nocy, co miało szczególnie duże znaczenie dla ekip z dzieciakami. Jednocześnie trzeba przyznać, że płynięcie późnym wieczorem o tej porze roku ma swój niezaprzeczalny urok. Ptaki zbierają się w duże grupy, w powietrzu fruwa błyszczące babie lato, jeszcze trochę świeci słońce, ale już leci para z ust.

Przed mostem w Broku byliśmy o wpół do ósmej, co dało nam całkiem niezły czas na trasie. W oczekiwaniu na pozostałych podpłynęliśmy z Jurkiem cichaczem na drugi brzeg, gdzie pasły się trzy bobry. Widziały nas, a już na pewno słyszały trzaskającą migawkę, więc nie dały zbyt blisko do siebie podpłynąć, ale też nie wyglądały na szczególnie przerażone, raczej „dobra, idźcie już sobie”. W sumie też bym była poirytowana, gdyby mi ktoś nie dawał zjeść kolacji…

Cała logistyka: wynoszenie tobołów na brzeg, przenoszenie ich pod budynek ośrodka, wnoszenie na piętro i zanoszenie za ośrodek na drogę, potem ładowanie ich na przyczepkę, którą pan z ośrodka obracał na dwa razy i wreszcie dotarcie z nimi do domków zajęło nam godzinę. Potem można było wreszcie usiąść, odpocząć i podreperować nadszarpnięte siły napojami regenerującymi (w końcu na owocach, czyli dużo witamin mają).

Tego dnia zrobiliśmy 40 kilometrów.

17.08.2017 czwartek Brok – Rafa

W końcu musiała nadejść ta chwila i od rana padało. Stosownie do pogody wszyscy od rana ruszali się jak muchy w smole (to wcale nie przez wczorajsze witaminy!). Pod wiatą powoli rosła sterta szpeju wynoszonego z domków. Na pocieszenie czekał tam na nas pyszny prawdziwy chleb ze smalcem i ogórkami.

Tym razem udało się załadować wszystko na przyczepę na jeden raz. Pan zwiózł nasze rzeczy nad sam brzeg, co zaoszczędziło nam, nawet jeśli nie wysiłku, to na pewno czasu.

Załadowaliśmy tę malowniczą kupę do łódek i około południa ruszyliśmy z Broku. Po wczorajszym postanowiliśmy nie stresowac się dystansem, przed nami pozostało około 37 kilometrów na dwa dni. Założenie było takie, że gdzie uznamy, że dość, tam się zatrzymamy.

W ciągu dnia po porannym deszczu pozostało mgliste wspomnienie, wypogodziło się i wrócił upał. Płynęło się spokojnie, leniwie, ze świadomością, że nigdzie nie musimy się spieszyć. Na wysokości Udrzynu zrobiliśmy postój na sikundę, kanapkę i kąpiel.

O godzinie 17:00 byliśmy już w Szuminie, co oznacza, że zostało nam około 10 kilometrów (jakieś dwie godziny płynięcia). Bez sensu było wywalać teraz wszystkie toboły, rozbijać namioty, a rano pakować wszystko z powrotem, tym bardziej, że następnego dnia czekała nas przeprawa znad Bugu nad Narew na Zlot właściwy. Wobec tego zdecydowaliśmy, że dopłyniemy już do samego końca. I tak oto, o godzinie 18:45 zlądowaliśmy na Rafie przed Kamieńczykiem, w śmierdzącym mule po kolana, tym samym kończąc przedzlotowe pływanie 2017.

Łódki wraz z tobołami przetargaliśmy wózkami, taczkami i czym tam się dało, przez łąkę na działki i rozeszliśmy się po domkach na kąpiel/ odpoczynek/ kolację. Wieczorem obżarliśmy się gofrów z ogniska i po długich nocnych kanuistów rozmowach padliśmy spać. Z miłą świadomością, że następnego dnia nigdzie nie musimy się spieszyć.

18.08.2017 piątek Rafa – Narew Łacha

Dzięki temu, że mieliśmy w zasadzie cały piątek do dyspozycji, mogliśmy sobie pozwolić na niespieszne pakowanie i dodatkowe atrakcje po drodze nad Narew. Pierwszy przystanek- Pierogowa Szopa w Kamieńczyku. Całkiem smaczne różne pierożki, kartacze i naleśniki, do nich okrasa albo śmietana. Pod warunkiem, że komuś nie przeszkadza jadanie obiadu z plastiku. No i my personal favorite, przystanek numer dwa- lody w Jadowie! Pyszne lody na prawdziwych składnikach, od lat te same. Tylko cztery smaki, ale za to jakie…

a stamtąd już prosto… do Topaza na zakupy. I wreszcie stamtąd nad Narew, do ośrodka wędkarskiego Relax. PRL pełną gębą, ale na polu namiotowym czysto, w barze piwo, a w toaletach papier. Czegóż chcieć więcej…

Kilka ekip było już przed nami, kilka dojechało wieczorem i wreszcie ognisko oficjalnie rozpoczęło XVIII Zlot Kanuistów 2017. Może tegoroczny spęd nie oszałamiał liczbą uczestników, ale ich jakością nie ustępował poprzednim :) Podziękowanie dla organizatorów wykonane ręką Mistrza Siacha:

Niezawodny Canis przywiózł ciasto drożdżowe na mazurskie jaszczury, które chwilę później piekły się nad ogniskiem:

19.08.2017 sobota

Plan na zlotowe płynięcie uległ pewnym modyfikacjom- ponieważ miało całą sobotę padać, co groziło wysypaniem się połowy płynących, zrezygnowaliśmy z wynajmowania transportu w górę Narwi i wypłynęliśmy  z naszego pola namiotowego z założeniem, że kiedy ktoś zechce wrócić, wystarczy, że spłynie z powrotem do ośrodka.

Przed wypłynięciem odważni testowali wikinga- łódkę home made by Zielony. Zrobił to cudo przed samym wyjazdem, ale nie było chętnego, który popłynąłby nią na przedzlocie.

Ku naszemu rozczarowaniu, nikt się nie wyłożył…

Przygotowania do wypłynięcia, na szczęście wreszcie na pusto, bez tego całego mandżuru wleczonego przez tydzień ze sobą… Tylko aparat, sztormiaczek i woda.

Wypłynęliśmy koło jedenastej, bez szczególnego pośpiechu. Co prawda prognozy wciąż informowały o deszczu po południu, ale nie planowaliśmy całodniowego pływania.

Lądowanie na siku, kabanoska i kąpiel, a potem powrót do ośrodka

Wreszcie, kwadrans przed końcem, kiedy już widać było na brzegu nasze pole namiotowe, dopadła nas ulewa. Bez burzy, za to z solidnym wiatrem. Okazało się wówczas, że mój zasłużony sztormiak wymaga pewnych napraw. Lub wymiany.

Mimo niesprzyjającej pogody wszyscy po kolei dotarli bezpiecznie do ośrodka. Jedyna tego dnia wywrotka nastąpiła jeszcze przed deszczem, więc się nie liczy. Deszcz lał i nie zamierzał przestać, wszyscy pochowali się w namiotach i pod tarpami na zajęcia w podgrupach. Część ludzi podjęła decyzję o powrocie do domu już wieczorem, tym bardziej, że na następny dzień prognozy były równie słabe.

Tuż przed zachodem słońca niebo nieco się przetarło, a na ognisko wpadła ekipa Różowych. Załapali się jeszcze na przetestowanie wikinga na tle najbardziej landrynkowego zachodu słońca ever.

Niewiele brakowało, ale Kazik bezlitośnie nie uległ prośbom dzieciaków i utrzymał się na powierzchni.

Wieczorem- ostatnie ognisko. Na szczęście bezdeszczowo, więc mogliśmy jeszcze nacieszyć się swoim towarzystwem, pośpiewać i posmakować domowych płynnych specjałów.

W niedzielę padało od rana, nie było więc na co czekać. Około dziesiątej zebraliśmy toboły, zwinęliśmy mokry namiot, pożegnaliśmy smutno pozostałych moknących i ruszyliśmy w drogę powrotną do domów.

Tegoroczny zlot (i przedzlot) miał swój niepowtarzalny klimat. Wspaniale było Was wszystkich zobaczyć, szczególnie tych, których widuję tylko ten jeden raz w roku. Pięknie dziękuję Kasi i Pawełkowi za organizację, podjęliście się niełatwego zadania, mam nadzieję, że nie obrzydziliśmy go Wam zbytnio i jeszcze kiedyś będzie powtórka :)

Do zobaczenia, włóczywiosła, może jeszcze w tym roku na jakimś jesiennym, słotnym pływaniu, może zimowym… A już na pewno na Zlocie za rok!

Link do GALERII