11.11.2017 Dzień Niepodległości

Każdy świętuje po swojemu (póki jeszcze może).

Pierwotny plan na Dzień Niepodległości zakładał popłynięcie Wisłą przez stolicę, podobnie jak w 2013r. Wtedy jednak sam spływ rozminął się ze świętem o jeden dzień, nie było więc ryzyka dostania butelką czy kamieniem z mostu od jakiegoś świętującego patrioty. Oprócz tego, w tym roku na dwa dni przed ostatecznym terminem na Forum Wodnym pojawiła się decyzja Komendy Stołecznej o zamknięciu szlaku wodnego w Warszawie już od godziny 12.00, co rozwiało wszelkie wątpliwości organizacyjne.

Aby jednak uczcić po naszemu Dzień Niepodległości, choć zupełnie niepatriotycznie – bez rac, pał i transparentów, wyskoczyłyśmy w sobotę nad Liwiec.

Poranna zbiórka na Rafie zastała mnie oczywiście w połowie mycia zębów, ale od czegóż ma się wieloletnią wprawę we wstawaniu na ostatnią chwilę – bułka w łapę, brubeck na tyłek, sztormiak do worka, herbata w termos i gotowe.

Płynąć miały dwie kanujki, w każdej komplet: jedna ledwie-pełnoletnia i jedna szybciej-niż-myślisz-będzie-pełnoletnia. Czyli Kasia + Hania oraz ja + Marysia. Pawełek dołączył jako wsparcie logistyczne pod pretekstem uczenia się do egzaminów.

Po zapakowaniu łódek i całego szpeju do auta jakoś przed 11.00 wyjechaliśmy w stronę Urli. Zakładając, że pogoda ma się załamać za jakieś 2 godziny, zaczęliśmy szukać dojścia do Liwca w okolicy Strachowa. Po tylko jednej nawrotce sprzed czyjejś zamkniętej bramy zajechaliśmy błotnistymi wądołami nad samą wodę.

To mniej więcej w tym momencie Hania odkryła, iż przydziałowy batonik należy się bez względu na płynięcie lub nie, co było równoznaczne z rezygnacją ze spływu. Nastąpiło więc szybkie przetasowanie, skutkiem którego lutra z naszą teraz trzyosobową załogą została nad wodą, a druga kanujka została na aucie.

Jeszcze tylko zamocowanie niezbędnych tego dnia akcesoriów

Pogoda zapowiadała się średnio, ale nie na tyle, żeby nas zrazić, szczególnie na takiej krótkiej trasie.

Most w Pustych Łąkach:

Mniej więcej od mostu zaczęło się całkiem ładnie wypogadzać, przestało padać, wiatr się nieco uspokoił i zaczęło wyglądać słońce. Tak to można płynąć!

Do tego cisza, spokój, zero ludzi na brzegu i stonki na wodzie. Tylko my, słoneczko i od czasu do czasu jakiś drapieżnik nad drzewami.

Tak powinna wyglądać jesień!

Trzeba przyznać, że Liwiec może nie powala swoim ogromem, ale za to jest tu wszystkiego po trochu: tu goła łąka, tam kawałek lasu, skarpa, plaża, nisko, wysoko – co kto lubi.

Na wysokości Świniotopu na eleganckiej plaży zrobiłyśmy postój na gorącą herbatę i ciasteczka.

Tak, wiem, kryptoreklama, te sprawy. Ale nadal będę zachwalać mój najlepszy na świecie termosik Fjorda przy każdej możliwej okazji. Tu w parze z najlepszym na świecie czasopismem :)

Postój miał charakter ekspresowy – parę minut na wietrze bez wiosłowania i dość szybko zrobiło nam się chłodno. Więc dwa kubeczki herbaty, batonik zbożowy made by Grzybki i poleciałyśmy dalej.

Trochę przed Nadkolem pogoda zaczęła się łamać, zgodnie zresztą z prognozami (no, może poza tą, która zapowiadała orkan i wiatr 80 km/h).

Parę minut później doszły nas dźwięki mostu przed Kamieńczykiem, a przed mostem czekał już na nas niezawodny Organizator.

Całość trasy wyniosła około 10 kilometrów. Może niezbyt dużo, ale w sam raz na takie sobotnie popływanie, wyrwanie się z miasta, być może ostatnie w tym roku. Fantastycznie pływa się o tej porze, kiedy nie ma już właściwie nikogo na wodzie, poza kilkoma dziwolągami pasjonatami…

Dzięki dziewczyny (i Organizatorowi oczywiście również)!

Ola