2018.10.05-07 Sikory

Jesienne pływanie 2018 – Pojezierze Brodnickie

05.10.2018 – piątek

Mało odkrywcze spostrzeżenie nr 1: jeśli Ci się spieszy, to nawet w październiku znajdziesz dwugodzinny korek na wyjeździe z miasta.

Mało odkrywcze spostrzeżenie nr 2: jeśli jest październik, a Ty nie jesteś bushcraftowcem (lub Leszkiem), warto zapytać o ogrzewanie w lokum.

06.10.2018 – sobota

Po dość rześkiej nocy w towarzystwie licznych muszych zwłok i kąpieli  pod prysznicem w przedpokoju dzień zaczął się całkiem smacznym śniadankiem, po którym nawet dość sprawnie cała ekipa zebrała się do wyjazdu.

Kompletowanie ostatnich potrzebnych rzeczy…

… i tych jeszcze potrzebniejszych

Po obowiązkowym zgubieniu się w lesie już o wpół do jedenastej byliśmy na miejscu startu nad jeziorem Cichym.

Pakowanie ostatnich gratów do kanu

Odprowadzanie samochodów na leśny parking

Gotowi do startu

No, prawie gotowi…

I leniwie, bez pośpiechu… ruszylim.

Koleżka uczepił się nas i towarzyszył nam przez cały kanałek prawie do samego jeziora Zbiczno

Aż do najważniejszego punktu programu, czyli przerwy na ciasteczko. No dobra, dwa ciasteczka… chociaż… a, nieważne…

Nie da się ukryć, że pogoda nas rozpieszczała. I choć słotne pływanie też bywa piękne, to fajnie było naładować baterie przed jesienną breją.

Zaraz przy wyjściu z kanałku na jezioro Zbiczno po lewej stronie w Rytychbłotach jest świetna miejscówka na postój u Korsarza. Jest gdzie usiąść, gdzie siknąć i gdzie rozłożyć się na trawce.

Po podreperowaniu nadwątlonych sił ruszyliśmy w drogę powrotną. Pogoda wciąż była niesamowita, choć trochę powiało, szacun dla Kasi za solo walkę z wiatrem.

Po powrocie nastąpiła błyskawiczna ewakuacja z naszego lux-apartamentu. Zwaliłyśmy się z Olą Agacie do pokoju, a nasz został zalany muchozolem czy tam innym RAIDem. Zniosę muchy w pewnych ilościach, ale tam Hitchcock mógłby kręcić swoje dreszczowce. Nie wiem, skąd to powyłaziło, ale… nope. Po prostu nope.

Zszargane muszym atakiem nerwy trzeba niezwłocznie ukoić. Na ratunek przyszły różnego rodzaju trunki kupne oraz własnej produkcji.

Kiedy już nieco się ochłodziło nadeszła pora na ciepłą kolację (którą kilku osobom zdarzyło się nieco odchorować), wraz ze wspomnianymi lekarstwami na nerwowość.

Jak to zazwyczaj przy stacjonarnym pływaniu była okazja poopowiadać, pochwalić się i pokazać zdjęcia z najróżniejszych naszych wypraw, tym razem opowiadał Sydney o swoich egzotycznych motocyklowych wojażach oraz Leszek o najświeższej wyprawie z synem – na Makalu.

07.10.2018 – niedziela

Niedzielne pływanie na jeziorze Dębno rozpoczęło się może nie aż tak fantastyczną pogodą jak wczoraj, ale wkrótce też się wypogodziło i naprawdę nie było na co narzekać.

Kanałek między jez. Dębno a Wielkimi Partęczynami:

I Wielkie Partęczyny. Z krótką przerwą na eksplorowanie niewielkiego kanałku- na tyle niewielkiego i zarośniętego, że nie było sensu pchać się w niego na siłę tylko po to, żeby nim również przepychać się z powrotem. Ale w końcu każda przerwa na herbatę i ciasteczko jest dobra, więc…

Jeszcze trochę pokręciliśmy się po Partęczynach, żeby zgłodnieć i na niewielkim kempingu przy północnym krańcu jeziora zrobiliśmy (dla odmiany) przerwę na herbatkę i ciasteczko.

Tam jeszcze wspólne zdjęcie zapożyczone od Kasi…

I pozostała nam już tylko droga powrotna do samochodów naszym malowniczym kanałem. Malowniczości zdecydowanie dodaje całkowity brak kogokolwiek na wodzie. Całkiem możliwe, że świadczy to o pewnych ubytkach w posiadanych przez nas klepkach, ale za to jakie jest satysfakcjonujące…

Po powrocie do bazy klasycznie: pakowania, pożegnania, umawiania na kolejne pływanie i odjazd w różnych kierunkach. Nieco smutny, ale w końcu wkrótce znów popływamy razem :)

Ze spraw technicznych: miejscówka, w której stacjonowaliśmy to agroturystyka Ciche u Sikorskich. Raczej staram się polecać miejsca, w których byłam, o ile tylko nie leje się nic na głowę i grzyb nie atakuje ze ściany, ale muchy przesądziły sprawę. Ja wiem, że zwierzęta, że las, ale… no nie. I już. Może gdyby jeszcze działały wszystkie kible, a nie tylko połowa (z dwóch), gdyby obyło się bez sensacji żołądkowych po kolacji, gdyby nie trzeba było przywozić ze sobą farelki (dzięki, Paweł!), gdyby do hucznie reklamowanego w ogłoszeniu czajnika elektrycznego był rano dołączony w pakiecie prąd…  To nie tak, że wybrzydzam- bywałam w gorszych warunkach. Tyle, że wtedy żadna panga biznesu nie brała ode mnie pieniędzy za „Ugościmy Państwa w przytulnych, komfortowych pokoikach”. Da się znieść. I „znieść” to odpowiednie słowo. Na plus: śniadaniowe jedzenie- własnego wyrobu chleb, ser, wędliny.

Ale, żeby nie marudzić: cośmy się napływali, to nasze:) pogoda była fantastyczna, nałapaliśmy słoneczka na najbliższe miesiące. Z mojej strony oczywiście ogromne podziękowania za świetne towarzystwo wszystkim obecnym, Oli i Kasi za użyczenie zdjęć, a Jurkowi za organizację.

Do następnego!